Forum wielotematyczne LUKEDIRT Zdjęcia, pogoda i klimat, astronomia, sport, gry i wiele więcej! Serdecznie zapraszamy!
Ogólnie o pogodzie i klimacie - Sezony burzowe naszego życia
PiotrNS - 15 Październik 2020, 23:27 Trudno jest mi uznać, czy gorsza jest cholera czy dżuma, ale prawdą jest, że zarówno jedno jak i drugie, to dwa okropieństwa i niszczycielskie siły. Ta sprzed dziesięciu lat może bardziej wyrazista, ale tegoroczna z kolei wycwaniona, cyniczna, zakamuflowana...
A to filmik, o którym wspomniałem. Po raz pierwszy obejrzałem go dzień lub dwa dni po wrzuceniu na YT. Nadmienię jeszcze tylko, że 3 czerwca 2010 roku Warszawa dostała na mapie PŁB pierwszy stopień ostrzeżenia przed trąbą powietrzną.
kmroz - 15 Październik 2020, 23:30 Pamiętam, co już chyba kiedyś pisałem, że tego dnia u mnie nie spadła nawet najmniejsza kropelka, ale widok jakiś tam był. Za to jak dzień później pojechaliśmy na działkę, to stała tam woda - nawet na naszej "górce". Nasze ogródki działkowe są na stosunkowo nierównym terenie i o ile na tych niższych terenach woda stoi nierzadko po większych ulewach, to naszą działkę, położoną na górce, zalewa bardzo rzadko. A wtedy jednak tak się stało...FKP - 15 Październik 2020, 23:30 Ale Zima Trzydziestolecia to cudo inżynierii Głobica, nawet roślin tropikalnych nie zabijała, podczas gdy te Wasze marzenia niespełnialne zabijałyby, że ło cho..FKP - 15 Październik 2020, 23:31 Zima Trzydziestolecia to powinien być standard a potem wiosna 2018 ale z marcem 2014 w miejsce styrca.PiotrNS - 15 Październik 2020, 23:39 Oj FKP Cudo inżynierii to na pewno, ale tylko w tym znaczeniu, że Globcio wyczynił coś, czego nawet Ty nie podejrzewałeś Ale wersja przedstawiona tutaj przez Ciebie byłaby już niestety zabójcza, Globcio na szczęście jeszcze pozostaje otwarty na prośby tych, którzy nie chcą, by gnał zbyt szybko.
PS. Przypomniała mi się jakaś bardzo lokalna burza z 2010 (ale mógł to być też 2011 rok), kiedy w jakiś pochmurny wieczór nagle bez żadnej zapowiedzi dwa razy uderzyło gdzieś bardzo blisko, a później słyszałem już tylko dalekie pomruki. Ciekawe kiedy to było.FKP - 15 Październik 2020, 23:44 PiotrNS, W niczym nie byłaby zabójcza, byłaby by życiodajna jak nic przedtem Bartek617 - 16 Październik 2020, 13:25 Nie no taka zima jak ostatnio nie byłaby za dobra. Liczę w tym roku na jakąś odmianę, bo 3-4 dni z notowaną pokrywą śnieżną w sezonie to jednak wynaturzenie całkowite. Jak dla mnie białe krajobrazy (nie jakoś znacznie: 5-10-15 cm, ale oczywiście mogłoby coś dosypywać w międzyczasie) powinny chociaż utrzymywać się przynajmniej przez 2 tyg.-1 miesiąc (najlepiej koło 1.5 miesiąca: pojedyncze dni w listopadzie, końcówka grudnia, styczeń, sam początek lutego, pojedyncze dni w marcu (ale potem w kwietniu jak najlepiej brak przymrozków i opadów deszczu ze śniegiem czy śniegu).
To jest straszne, ale ja tam mam akurat szacunek do wiosny 2010 i mimo tragedii, która spotkała wiele domostw patrzę na to innymi kategoriami. Sam nie mieszkam w pobliżu rzeki, więc sytuacja nie wyglądała u mnie tak poważnie. Nie przypominam sobie, by na osiedlu moich domków, było tak źle, by "woda chodziła" (a dość niedaleko, w centrum Krakowa i miejscowości położonych nad brzegiem dużej rzeki, Wisły sytuacja znacznie gorzej wyglądała). PiotrNS - 26 Październik 2020, 18:29 Rekordowo wilgotny rok przeszedł do historii. Nad pokrytą grudniowym śniegiem ziemią wybiła godzina rozpoczynająca nowy rok i nowe dziesięciolecie. Chyba wtedy po raz pierwszy tworzyłem taką małą projekcję, zastanawiając się co przyniesie po tym zwariowanym 2010 roku. Szczerze to robił na mnie początkowo dosyć dobre wrażenie, chociaż dzisiaj widzę, że luty i marzec 2011 roku, to bardzo kiepskie sztuki. W marcu myślałem bardzo krótkowzrocznie, podobało mi się, że dzięki tej prawdziwie amplitudowej, mroźnej pustyni mogę bez przeszkód regularnie obserwować sobie Księżyc, bo niebo jest przeważnie pogodne. W końcu temperatury zaczęły jednak osiągać coraz to wyższe wartości, a ja zatęskniłem za burzami, obiecując sobie, że już nie będę się bał. Nadszedł piękny kwiecień. A wtedy, gdy 4-go dnia miesiąca temperatura po raz pierwszy przekroczyła 20 stopni, a na niebie pojawiło się dużo baranków, uznałem że to już najwyższa pora. Wypatrywałem konwekcji i wypiętrzających się chmur, a wchodząc na forum Łowców, w wątku gdzie relacjonowano przebieg pogody na żywo, szukałem jakichś przedpremierowych prognoz konwekcyjnych na następne dni. Było bardzo ciepło, motylki latały tak na polu jak i w brzuchu, jednak utrapieniem tego miesiąca był problem z zatokami. Na początku marca dostałem kataru i męczyło mnie to praktycznie do maja, dopiero kiedy wujek pożyczył nam taką specjalną lampę naświetlającą z filtrami, problem zaczął ustępować. Zachowaniu formy sprzyjała mi jednak pogoda. Było już regularnie ciepło, a 7 kwietnia - szczególnie. To był pierwszy w roku dzień z letnią średnią dobową. Niebo pokrywała jakby gęsta mgła, ale kilka razy przebiło się Słońce. Nie spodziewałem się niczego szczególnego, aż do czasu kiedy po południu, około 18:00 odrabiałem lekcje. Nudziło mi się i nie mogłem już wysiedzieć w miejscu, a wtedy, zerkając w okno, zauważyłem pociemnienie w chmurach. Już od kilku dni bardzo tęskniłem do burz, toteż widząc że na zachodzie robi się ciemno, co jakiś czas prewencyjnie sprawdzałem jak postępują sprawy. Dziwił mnie tylko kompletny brak grzmotów, który wobec wydanego już ostrzeżenia pierwszego stopnia, dezorientował mnie. Robiło się jednak już bardzo ciemno. O ile przy pochmurnej pogodzie nadchodząca burza nadaje niebu na ogół kolor ciemnoszary, tak wtedy przypominało to bardzo gęsty fiolet, a z czasem - atrament. Zapadał wieczór i wraz ze zbliżającą się burzą, szybko robiło się ciemno. Odezwały się grzmoty i po pewnym czasie zauważyłem wyładowania doziemne w kolorze żółtym. Nie wiedziałem czy i kiedy burza zbliży się tak na dobre, jednak patrząc przez południowe okno, widziałem już cały objęty fragment nieba w ciemnych kolorach. Chmura miała bardzo jednolitą strukturę i dopiero kiedy zaczęło kropić, miałem świadomość że jeszcze uderzy. Wyładowań było relatywnie niewiele i wydawało się, że to burza taka jak każda inna, aż w jednym momencie uderzył we mnie silny wiatr z ulewą i drobnym gradem. Tuje w ogrodzie zaczęły się uginać pod naporem silnego podmuchu, a opad wyglądał jak deszcz ze śniegiem. Na ziemi lekko się zabieliło, a w powietrzu zaczęły latać jakieś porwane odpadki. Pomyślałem, że tak silne rozpoczęcie sezonu może zwiastować rok pełen podobnych, gwałtownych burz i nie było to mylne przewidywanie. Silny wiatr potrwał jednak krótko i burza prędko zaczęła odsuwać się na wschód, a nad moim miejscem zamieszkania ponownie zrobiło się jeszcze dosyć jasno, dni są wtedy już całkiem długie. Zapragnąłem, aby być łowcą burz i pojechać ścigać tę nawałnicę choćby do Przemyśla. Tak się rozmarzyłem, że przez kilka następnych dni żyłem tylko tym. No i początkiem sezonu na podwórkowe spotkania na amatorską grę w piłkę i podobne zabawy, dzięki którym poznałem prawo Pascala (kto wykopał, ten zapi***ala), zasadę "piętka ratuje" i takie tam. Trwał opadowy czas euforii, aż do Wielkiego Tygodnia, kiedy znacząco się ociepliło, zrobiło się bardzo słonecznie i pierwsze wolne dni w swojej formie przypominały trochę wakacje. Po wyrazistych opadach robiło się bardzo zielono, a w Wielką Sobotę spadł kolejny deszcz. Tego wieczora, będąc na procesji widziałem odległe błyski, tak od strony Tarnowa. Burza trwała tam w najlepsze, ale u mnie noc nie przyniosła już wielu rewelacji. Za to Wielkanoc... chyba postanowiła naprawdę ambitnie udowodnić, że jej późne przypadanie w tym roku nie jest tylko datą w kalendarzu, lecz również powinnością z zakresu pogody. Tym razem jednak inaczej niż 11 lat wcześniej, kiedy Wielkanoc była podobnie późna. Dzień był pochmurny i wyraźnie chłodniejszy, temperatura sięgała w nim 17 stopni. Po wielkanocnym śniadaniu nic szczególnego się nie działo, aż do czasu kiedy jeszcze dość wcześnie, ok. 13 zaczęło grzmieć. Chmury burzowe nacierały jakby ze wszystkich stron, ponieważ pociemniało zarówno na południu, jak i na zachodzie, gdzie burzowy klin rozbudował się bardzo szeroko. Chmura niemal do końca była jednak dość jasna, przypominała zjawisko adwekcyjne. Grzmiało niemiarowo, raz zdarzały się serie, a raz przez dłuższy okres nic nie było słychać. Do czasu, bo kiedy od południowej strony nagle uderzyła we mnie jakby powietrzna bańka w postaci chmury, wszystkie inne dźwięki świata straciły znaczenie na rzecz dźwięku grady odbijającego się o dachy i każdą rzecz na jego drodze. Magnolia przetrwała bombardowanie, ponieważ gradziny nie były dużych rozmiarów, jednak padało tak gęsto, że wyglądało to jak opad śniegu. Po około dwóch minutach ziemia była już biała. Nawet w tak ciepłym kwietniu może się to zdarzyć Po kilku minutach, gdy burza zaczęła ustępować, odchodząc nawet nie do końca wiadomo gdzie, bo smugi opadowe zakryły inne chmury, widać było jak niewielkie kałuże wody i gradu spływają ulicą. Drzewa w nieodległym dębowym lasku widniały już jako bardzo zielone. Próbuję sobie to przypomnieć i odnoszę wrażenie, że nie ustępowały prawie nic dębom z analogicznego okresu 2018 roku - dwa lata temu ostatnim krokiem nadającym im pełne, "letnie" ulistnienie, był duet 29-30 kwietnia. Kwiecień 2011 wciąż miał jeszcze przed sobą blisko tydzień - i godnie go zagospodarował. 29 kwietnia aż się przestraszyłem, kiedy w ciepły, słoneczny i spokojny dzień, wszedłem do pokoju obok, a tam przez okno wychodzące na zachód, zauważyłem ciemnoszarą chmurę i - jak na zawołanie - olbrzymi, doziemny piorun. Po chwili odezwał się soczysty grzmot, a ja uznałem, że burza z pewnością będzie gwałtowna. Kiedy chmura zakryła jednak Słońce, które podświetlając ją, nadało jej tak groźnego koloru i kontrastu, okazało się że nic wielkiego się nie stanie. Jeszcze kilka razy zagrzmiało i burza się rozpadła. Na stacji nic z niej niestety nie spadło, zaś u mnie nie mam już pewności. Ostatnia burza nastąpiła ostatniego dnia miesiąca, ale nie było mnie wtedy w domu. Kwiecień zakończył się sympatycznie, ale początek maja... Oj, mocno wytrącił mnie z równowagi. Nie pamiętam medialnych relacji z maja 2007 i nie wiedziałem wtedy jeszcze, że i wtedy padał śnieg. Incydenty z maja 2011 były pierwszym zetknięciem z majowymi opadami śniegu - przynajmniej takimi oglądanymi w telewizji. Rozmiar tego ochłodzenia bardzo mnie zaskoczył i trudno było mi pojąć, dlaczego taka ładna pogodowa seria została złamana zjawiskiem, które powinno być zarezerwowane tylko dla zimy. No, ewentualnie dla listopada i marca. Kiedy 5 maja przy dużej wilgotności powietrza, rankiem ścisnął mróz i trawniki stały się białe, pomyślałem że i mnie spotkał ten kiepski los, jednak jak po chwili zrozumiałem, był to "tylko" szron. Z nadzieją i niecierpliwością oczekiwałem na poprawę pogody - do tego stopnia, że medialne zapowiedzi "nawet 20 stopni" nie dawały mi powodów do satysfakcji. Po końcówce kwietnia, kiedy poczułem już wakacje spędzane do wieczora na dworze, smak lodów i nastrój ciepłej pory roku, oczekiwałem czegoś więcej! W dalszej części pierwszej połowy maja, mimo wzrastających temperatur czułem niedosyt. Burza, burzy mi trzeba... A wtedy nie było ich w ogóle.
Losy odwróciły się 19 maja. Było wyjątkowo ciepło, a wręcz gorąco, bo temperatura sięgnęła prawie 27 stopni. Słonecznie, ale z wieloma cumulusikami płynącymi po niebie. Po tylu chłodnych dniach odczuwałem to jak upał, aż do czasu gdy cumulusy rozbudowały się i nadeszła słaba popołudniowa burza, dodatkowy prezent od pogody. To jednak był dopiero początek fajnej serii. W sobotę 21 maja słaba, ale niosąca ze sobą trochę deszczyku burza przeszła wczesnym popołudniem. Trwała dosyć długo, ale wyładowań zdarzyło się w niej na tyle mało, że nie było wiadomo, czy burza jeszcze trwa, czy już się skończyła. Wszystko stało się jasne dopiero, gdy pokazała się mała tęcza i niebo znów się rozpogodziło do bezchmurnego. Ten stan nie trwał jednak dłużej niż do następnego dnia. 22 maja o podobnej porze, około 14:00 miałem okazję w wyjątkowo dobry sposób podziwiać kolejne fazy tworzącej się burzy, która tego dnia chciała ujawnić chyba wszystkie sekrety, jakie kryje ten proces. Od kowadła, po stopniowe rozszerzanie zachmurzonej strefy. Widoczne były prądy zasilającej wnętrze chmury, a później ciemne ławice chmur pokrywające od spodu bardziej wypiętrzone strefy. Grzmoty odezwały się po godzinie od rozpoczęcia obserwacji tych procesów. A wtedy, jakby na zawołanie, chmura zaczęła znowu się zmieniać, jakby jaśnieć i ciemnieć na przemian. Nad miastem widziałem dużo błyskawic, ale w mojej okolicy nic wiele się nie stało. Jedynie trochę mocniej popadało i pokazał się drobny grad, ale po chwili burza odsunęła się już na północny-wschód mijając mnie swoją zasadniczą częścią. Wtedy dowiedziałem się, co naprawdę przyniosła. Pełnię sił tego zjawiska widziała moja Babcia, która mieszkała już wtedy w mieszkaniu blisko centrum, mając okno wychodzące na dość ruchliwą ulicę. Według jej relacji uderzenie nawałnicy z gradem i silnym wiatrem okazało się na tyle silne, że ruch uliczny zatrzymał się, a drogą popłynęła woda z lodem. Na parapecie było podobno kilka centymetrów tej specyficznej białej magii. Zazdrościłem, że też mnie takie zjawisko musiało ominąć Pozostała mi jeszcze burza 24 maja, ta jednak niczym się nie wyróżniła poza tym, że jeszcze po zachodzie Słońca mogłem wypatrywać odległych wyładowań już na ciemnym tle. Maj trochę się zrehabilitował i pozostało mi już tylko czekać na to, co przyniesie czerwiec, który okazał się swego rodzaju pogodowym spamerem. Pierwszy tydzień tego miesiąca, to codzienne konwekcje i burze przy przeciętnym usłonecznieniu. Niestety w tym przypadku skojarzenia z podobnie burzową czerwcową dekadą, jaka wydarzyła się w 2009 roku, nie są zasadne. Burze z początku czerwca 2011 to zawsze jakieś urozmaicenie, ale miały postać zaledwie słabych pomruków z jakiejś konwekcji, o której na drugi dzień nikt nie pamiętał, bo... zdążyła przyjść nowa. W pamięci pozostały mi tylko wieczorna burza z silną ulewą 3 czerwca i trzy dni później deszcz z ciemnej, wysoko wypiętrzonej chmury, który zastał mnie z rodzicami w drodze na zakupy. Czerwiec 2011 to miesiąc przyjemny, ale w kwestii burz zdecydowanie postawił na ilość. Porządna jakościowo wydaje się tylko jedna burza, która - jak na złość - musiała mnie ominąć. To 17 czerwca, kiedy czas spędzałem na jednodniowej wycieczce klasowej do Krakowa. Jeszcze podczas pobytu tam usłyszałem, że w Nowym Sączu wystąpiła silna ulewa. Po powrocie z tego udanego wyjazdu, w moim mieście zastała mnie mgła i mnóstwo kałuż. Dane ukazujące opad równy 30,4 mm, zdają się poświadczać prawdę. Zbliżały się wakacje, które w tym roku wyjątkowo zaczynały się nie w piątek, lecz w środę, z powodu Bożego Ciała, które przypadło wtedy 23 czerwca. Dzień rozpoczęcia wakacji był gorący, a przy tym ze sporą ilością mlecznego zachmurzenia. Przypominało mi to ubiegłoroczne wakacje, co przywoływało ówcześnie pozytywne skojarzenia i pomagało trochę zapomnieć o wszystkim co złe. Na burze nie musiałem długo czekać, bowiem w nocy z 23 na 24 czerwca niespodziewanie wyrwała mnie ze snu przed 1 w nocy. To już na szczęście nie był czas obawiania się burz, a wręcz przeciwnie - wstałem, by obserwować jak spływające po szybach krople gonionego przez wiatr deszczu są rozświetlane przez błyskawice, których kształtu nie mogłem niestety dojrzeć przez smugi opadowe. Przez około 20 minut było jednak całkiem konkretnie, spadło dużo deszczu. Później burza odeszła w stronę Krakowa, gdzie właśnie tego dnia pojechaliśmy, by odebrać Mamę ze szpitala po operacji. Świeciło piękne Słońce, stwarzające obraz pełni wakacji. Dodało sporo optymizmu, lecz niestety wkrótce miało go znowu zabraknąć. Podobnie jak przez bardzo pochmurnym lipcem w 2000 roku, tak i teraz nadejście tego rodzaju pogody i miesiąca poprzedził mokry loszek w końcówce czerwca. Ochłodzenie przekroczyło jednak wszelkie granice, kiedy nadszedł 1 lipca, dzień objęcia przez Polskę prezydencji w Unii Europejskiej. Temperatura poleciała wtedy w dół w taki sposób, że w pełni dnia przy ledwo widocznej mżawce temperatura wynosiła około 13 stopni, a pod wieczór aż ludzie zaczęli palić w piecach, notowano tylko około 10... Pierwsze sześć dni lipca 2011 pokazało nam, co znaczyła pogoda w 1979 i 1984. Z jedną, taką małą, nieznaczną różnicą. Lipce 1979 i 1984 były ekstremalnie, wręcz rekordowo zimne, a 2011 normalny Globcio poprzewracał nam w głowach, to jest normalne lato, a nie jakieś upały po 25 stopni i jeszcze nie-rześkie noce...
7 lipca był dniem euforii, bo nareszcie zrobiło się ciepło, słonecznie, a przy tym jeszcze nie za gorąco. Dopiero tego dnia poczułem głęboko, że trwają wakacje, a zarazem zrobiło mi się smutno gdy pomyślałem, że na tej nieletniej pogodzie przeleciały już dwa tygodnie wakacji. Szkoda tylko, że pogoda przeszła od razu w drugą skrajność, czego nie cierpię w lipcu. Sierpnie pod tym względem szczędzą szoków termicznych, podczas gdy lipce kilka razy w ciągu ostatnich kilkunastu lat obeszły się z nami podobnie nieprzyjemnie. Dla małego mnie, który znaczną część dnia spędzał w tym gorącu na grze w piłkę i innych zabawach na podwórku, jak np. czymś w rodzaju "wojny podwórek", w której bronią były liście chrzanu Nocą zdarzało mi się wstać na mecz Copa America, to były czasy kiedy mocno interesowałem się piłką nożną Emocjonujący i gorący czas nie był jednak czasem bezproduktywnym w pogodzie. Często coś się działo, a bardzo ważny udział przypadł tu między innymi niedzieli 10 lipca, kiedy w porze obiadowej nadeszła burza bardzo podobna do większości burz z lipca 2014 roku - konwekcyjna znad gór. Ta obchodziła mnie jednak małym łukiem, czego efektem okazało się bycie otoczonym przez zjawisko, które mimo niespecjalnej siły, trwało blisko mnie przez dobrych kilka godzin. Ładnie się błyskało, co najlepiej mogłem zobaczyć, spoglądając na południe. Chmura była trochę nieregularna i w trakcie burzy zdarzały się przejaśnienia, dzięki którym niektóre partie chmury uzyskiwały odcienie inne od pozostałych. Deszcz nadszedł dopiero po kilku godzinach, pod wieczór, kiedy myślałem już tylko o tym, aby burza zdążyła sobie pójść i pogranie w piłkę stało się możliwe. Wtedy tak było, jednak następnego dnia nie było już taryfy ulgowej. Burza, która nadeszła wówczas przed 14:00, to pierwsza z pereł w koronie tego miesiąca. Trwała bardzo długo, sypała wyładowaniami doziemnymi, a przy tym wspaniale się zaczęła. Pamiętam jej ciemnogranatową barwę i dużą wysokość na niebie. Wierzch chmury utworzył swego rodzaju filtr, który prawie zlewając się z niebem, pokrył Słońce tak, że na ziemi zrobiło się tak dziwnie ciemniej, a przy tym jaskrawo, jak przy zaćmieniu Słońca. Burza nadeszła finalnie po niedługim czasie i na początku ukazywała naprawdę moc wyładowań doziemnych i nie tylko, jednak po około godzinie trochę zelżała, w miarę jak przesuwała się coraz dalej. Skończyła się na dobre dopiero wtedy, gdy zrobiło się ciemno, nie pozostawiając jednak nic prawie nic w spadku po sobie - tylko jeden chłodniejszy dzień. 14 lipca, kiedy zanotowano 33 stopnie, zaś średnia dobowa przekroczyła 25, odechciało się prawie wszystkiego, choć byłem wtedy na tym etapie, kiedy uważałem, że i tak lepsze to niż chłodny deszcz. Mimo to, znacznie ciekawszym dniem był dzień następny.
Ten dzień przyniósł ochłodzenie po upale, od rana było pochmurno i dosyć chłodno. Pamiętam że rano na pasku w telewizji pojawiała się informacja o tym, że w nocy silna nawałnica przeszła nad Tatrami. Miałem ochotę, aby i u mnie wydarzyło się coś podobnego, ale niepokoiły mnie te chmury i niska temperatura, które mało kojarzą się z burzami. Prognoza Łowców Burz przedstawiała się jednak bardzo optymistycznie i wynikało z niej dość jasno, że na pogórzu dziś będzie się działo. Przed południem z rozczarowaniem zauważyłem jednak, że zamiast burzy znowu pada deszcz. Kiedy skończyło padać, jak zwykle wyszedłem na pole pograć w piłkę (w bluzie), po czym wróciłem na obiad i około 14:30 poszedłem do komputera zobaczyć, czy coś się dzieje. Na mapie ostrzeżeń PŁB zobaczyłem pierwszy stopień ostrzeżenia, ale jak dotąd za oknem nie widziałem ani nie słyszałem niczego podejrzanego. Po kilku chwilach dało się jednak usłyszeć nieśmiały pomruk. I naprawdę, nie minęło 20 minut, kiedy na południu zrobiło się ciemno jak wieczorem. Chmura burzowa nie miała koloru granatowego, lecz bardziej fioletowy wpadający w zieleń, dość podobny do koloru z 3 czerwca 2010. Burza wyjątkowo nie nacierałą z zachodu, lecz dokładnie z południa, choć obejmowała swoim zasięgiem dość sporą połać nieba. Zaczęło padać i na dworze zaczęło robić się ciemno, chmura przesłaniała stopniowo coraz więcej. Widziałem dużo wyładowań doziemnych, jednak na razie uderzały dosyć daleko. Po pewnym czasie burza zaczęła jednak ogarniać mnie ze wszystkich stron i przed 17:00 epicentrum nawałnicy znalazło się dokładnie przede mną. Przez prawie godzinę w ulewie, która przyniosła 25 mm deszczu, podziwiałem wielkie pioruny, które biły centralnie przede mną, w odległości tylko kilku kilometrów. Takiego natężenia doziemnych wyładowań jak wtedy, nie było bardzo dawno, nawet 2 lipca 2020 się nie zbliżył. Żałuję, że tego nie nagrałem, ale tych drżących szyb naprawdę nie da się zapomnieć. Widowisko trwało długo, ale kiedy ustąpiła burza, deszcz pozostał. Najlepsze nadal miało nastąpić, jednak mnie nie było dane tego doświadczyć. Od 18 do 24 lipca przebywałem na obozie językowym w Białce Tatrzańskiej. A właśnie wtedy ominęła mnie burza, którą zapewne uważałbym obecnie za drugą najlepszą nocną burzę w moim życiu - z 19 na 20 lipca. Z relacji świadków wynika, że nawałnica z ulewami trwała dosłownie przez całą noc, a poprzedziło ją pojawienie się szczególnie złowrogiej, niemal czarnej chmury wieczorem 19-go. Mimo nieobecności w Nowym Sączu, w Tatrach także było mi dane doświadczyć burz - dość gwałtownego bombardowania w nocy z 18 na 19 lipca, kiedy jeden z piorunów uderzył na tyle blisko, że włączyły się pioruny, a także przede wszystkim ogromnego oberwania chmury wczesnym popołudniem 19 lipca. Tego dnia kiedy szykowałem się na obiad, zrobiło się bardzo ciemno, co początkowo nie rzucało się w oczy, gdyż ten dzień ogólnie należał do raczej pochmurnych. Kiedy zaczęło jednak błyskać (dość rzadko, ale jednak), a ciemność zagęstniała do tego stopnia, że trudno było dostrzec w pomieszczeniach cokolwiek bez zapalania światła, wiedziałem już, że coś się kroi. Kiedy lunęło, cały świat za oknem zniknął. To chyba największe oberwanie chmury w moim życiu. Ponad 50-60 mm spadło w 10 minut. Wyglądało to jak scena z filmu, tak nierealistycznie, że stałem jednocześnie zauroczony i przerażony. Deszcz tak gęsty, że niepozwalający zobaczyć cokolwiek poza nim, odszedł dość prędko, dostarczając w zamian tylko pracy strażakom wypompowującym wodę. Ulewa z Białki prawdopodobnie dotarła także do NS (za ten dzień stacja raportuje 51 mm opadu) po południu, zaś wieczorem dostałem SMS-a, że w Sączu na południu pojawiła się taka wielka, czarna chmura, z której na razie nie grzmi ani nie błyska, ale wygląda szczególnie imponująco i wyróżnia się z ciemniejącego nieba. Więcej szczegółów poznałem rano. Okazało się, że - podczas gdy w Tatrach obeszło się dość łagodnie - w Nowym Sączu nawałnica z ostrym stroboskopem trwała całą noc, aż do brzasku. Raczej nie była tak gwałtowna jak Królowa Burz Nocnych z 14 sierpnia 2014, ale sądzę że na pewno zasłużyłaby na przyznanie jej drugiego miejsca. Później burza przeszła jeszcze raz i w ten sposób 20 lipca 2011 był chyba najbardziej burzowym dniem dekady. Istna nawałnica przetoczyła się w tym czasie przez centralną Polskę, w tym Łódź i Warszawę. W Nowym Sączu w ciągu trzech dni spadły 103 milimetry deszczu i efekt był do przewidzenia - ulice pozalewane niczym w Łodzi
24 lipca wróciłem do domu, gdzie powitał mnie chłodny loszek, niemyślący ustąpić już do końca tego drugiego najmniej słonecznego lipca w historii od 1966 roku. Wakacje na tym etapie wydawały mi się bardzo nieudane, a sierpień jawił się jako ostatnia deska ratunku. Miesiąc ten bardzo dobrze mi się przysłużył, był naprawdę piękny, ale niestety w swoich początkach sprawiał, że zapominałem o burzach. Już ostatnia dekada lipca była ich pozbawiona, a tu jeszcze do 11 sierpnia trzeba było wytrzymać bez tych zjawisk. Może to i dobrze, bo nic nie przeszkadzało w grze 12 sierpnia, z okazji nocy Perseidów, wpadliśmy na pomysł, aby przenocować w namiocie na polu przed moim domem i przy okazji poobserwować niebo. Jak na złość akurat wtedy przyszła słaba burza z deszczem, który gasił nasz zapał i optymizm, choć ja - ufający wtedy prawie bezgranicznie prognozom Twojej Pogody - byłem niemal pewien, że jeszcze się rozpogodzi. Tak też się stało, jednak wskutek deszczu utworzyła się mgła, która w połączeniu z pełnią Księżyca uniemożliwiła obserwacje. Robiło się trochę chłodno i po przetestowaniu kilku planszówek około pierwszej w nocy rozeszliśmy się do domów. Coś nam nie poszło z tą przygodą. Kolejna burza nadeszła następnego dnia. Przydarzyła się o wcześniejszej porze, ale zapamiętałem ją nie tyle z powodu jej samej, co z innego powodu. Kiedy jeszcze świeciło Słońce, ale już grzmiało i chmury przybierały odcień ciemnego błękitu wymieszanego z fioletem, ćwiczyliśmy sobie rzuty karne. Dobrze radziłem sobie na bramce i odpierałem prawie wszystko na tyle ofiarnie, że... pękły mi spodnie Nie chciałem, żeby się ze mnie śmiano i pośpiesznie wymyśliłem, że muszę już iść do domu, bo zaraz przyjdzie burza (do domu miałem minutę drogi, ale każdy pretekst był dobry). Chyba nikt nie zauważył jaki był prawdziwy powód, a burza ostatecznie tylko postraszyła Bardziej wyrazisty przebieg miała w świątecznym dniu, który z burzami kojarzy się szczególnie na podstawie historii z 2008 i 2010 roku. 15 sierpnia był dniem, kiedy po raz pierwszy zrobiłem sobie w głowie "podróż dzisiejszego dnia po latach" i w rozmowie z rodzicami przypomniałem o nadzwyczajnej "burzowości" tego świątecznego dnia, przypominając że trzy lata temu były trąby powietrzne, a rok temu gwałtowna burza i tylko dwa lata temu mieliśmy pogodowy spokój (ale tylko pogodowy, bowiem 15 sierpnia 2009 użądliła mnie pszczoła).
Przed 16:00 poszliśmy do wujka na grilla i oczywiście po chwili zaczęło grzmieć. Kiedy tylko to usłyszałem, wyszedłem na drogę zrobić rozpoznanie, po czym wróciłem i oznajmiłem wszystkim, żeby zabierać się do domu, bo za chwilę będzie burza i może mocno padać. Widziałem bowiem po chmurach, że ewidentnie zbiera się na duży deszcz. Dorośli, jak również kuzynostwo (także dorosłe) zbytnio się tym nie przejęli i dopiero po chwili chrzestny powiedział coś w stylu "nie chcę być złym wróżem, ale chyba faktycznie za chwilę się rozpada". Na szczęście burza szła stopniowo i zaczęła się od drobnej mżawki, co dało wszystkim czas na schowanie się do domu. Ja poszedłem do swojego domu, miałem blisko. Po drodze widziałem, że w chmurze tworzy się słaby szelf, a za nim jest pociemnienie charakterystyczne dla burz gradowych. Na mojej łące przed domem, jak niemal codziennie w lecie 2011 roku, koledzy i koleżanki z sąsiedztwa grali w piłkę. Przyszli po mnie, bym zagrał z nimi, ale akurat nie było mnie wtedy w domu i nie wiedzieli dokąd poszedłem. Z lekkim wyrzutem odpowiedziałem że mogli zadzwonić, po czym ostrzegłem ich przed nadchodzącą burzą, na co odpowiedzieli że wiedzą, tylko chcą dokończyć mecz. Ja w każdym razie poszedłem już do domu i tylko przez okno na górze obserwowałem, jak mały szelf naciera nade mnie i zaczyna padać deszcz. Chyba nie dokończyli grać, bo uciekali w popłochu Błyskawice uderzały bardziej na wschód i widziałem ich niewiele, lecz w pewnym momencie zwróciłem uwagę na jakby białą mgłę (bardzo ostry cień mgły) przykrywającą oddalone o około kilometr drzewa i zrywający się tam silny wiatr. Mgła przybliżała się i w końcu nadeszła, a wtedy dowiedziałem się, co oznaczała. Po raz kolejny w tym roku sypnęło gradem. Na szczęście niezbyt mocno, ale to kolejna burza, której nadałem miano nawałnicy. Spadło 15 mm deszczu; to bardzo mało przy 45 milimetrach rok wcześniej, ale i tak wartość godna pochwały Gdy dzień minął, nieuchronnym stał się już rychły koniec wakacji. O poranku na trawie zawsze było dużo rosy, a poranki należały do słonecznych i często bezchmurnych. Burze nie dawały jednak zapomnieć o sobie, zwłaszcza 19 sierpnia, kiedy zarówno na stronie internetowej Łowców Burz, jak również w mediach, łatwo było natknąć się na ostrzeżenia przed gwałtownymi zjawiskami. Pamiętam nawet, że na TVN Meteo w rogu ekranu pojawiła się grafika z napisem "alarm pogodowy". Poranek był słoneczny i tradycyjnie skąpany w rosie, co w połączeniu z brakiem zachmurzenia stwarzało we mnie wątpliwości, czy na pewno jakakolwiek burza nastąpi. Choć ostrzeżenia brzmiały poważnie, miałem ochotę na to, aby owo zjawisko wystąpiło również u mnie, jako że mogło być już ostatnim w tym roku. Na szczęście nie było, i to pomimo faktu, że w moim regionie burza z 19 sierpnia tylko bardzo delikatnie zaznaczyła swoją obecność i nie pamiętam z niej nic spektakularnego. Na większą uwagę zasługiwał wzrost temperatury w kolejnych dniach. W końcu to najcieplejsza druga połowa sierpnia w tym wieku. Mimo gorąca, niebo cały czas żyło i wykluwało się z niego sporo ciekawostek. Upał 24 i 26 sierpnia należał do bardzo silnych - temperatura w te dni wynosiła po 33 stopnie, ale w pierwszym przypadku szczęśliwie powstrzymała ją burza. Ta pierwsza przyniosła ulgę wtedy, kiedy upał miałby szczytować, około 16:00. To i tak za późno, bo powstrzymała wzrost temperatury raczej bardzo nieznacznie, ale zesłała na ziemię niemało deszczu (u mnie na pewno więcej niż 0,7 mm sugerowane przez stację). Widziałem jej początek jadąc moją ulicą od strony miasta na rowerze. Rozłożyła się szerokim pasem na południu i częściowo na zachodzie, gdzie częściowo w linię drzew raz po raz wpadały wyładowania doziemne. Tam zjawisko musiało być najsilniejsze, we mnie uderzył słabszy drugi człon tej burzy. Więcej szczęścia miałem następnego dnia. Po południu poszedłem po mleko do mieszczącego się nieopodal gospodarstwa skąd je bierzemy. Dotąd słoneczny, ale wypełniony raczej mlecznym niebem dzień zgęstniał i chmury zaczęły obejmować mnie na tyle szybko, że pomimo małej odległości zastanawiałem się, czy zdążę wrócić. Nawet nie oglądałem się za siebie, gdyż chmura prezentowała się bardzo groźnie, wydostając ze swojej głębokiej ciemności basowe pomruki. Dopiero kiedy byłem już bezpieczny, przyjrzałem się jej bardziej uważnie. Nie miała jakiejś specjalnej, pogmatwanej struktury, jednak widoczne w niej było kilka smug opadowych otaczanych przez silne wyładowania. Kiedy burza we mnie uderzyła, omijając (nie wiem jakim cudem) stację nad Dunajcem, która zdawała się znajdować na jej trasie, rozpętała się ulewa. Deszcz padał mocno przez około 20 minut, a w międzyczasie kilka razy pioruny uderzały gdzieś blisko. Kiedy odeszła, pozostawiła po sobie czerwieniejące niebo podświetlane przez zachodzące Słońce, a także biel dość wydajnego objętościowo cumulonimbusa. Zestawienie koloru pomarańczowego, niebieskiego i śnieżnobiałego w różnych konfiguracjach, prezentowało się na niebie nad wyraz ciekawie. To niebo żegnało już burze i ostatnią okazję dało mi 28 sierpnia, kiedy już się ochłodziło. Trwały mistrzostwa świata w lekkiej atletyce, a ja przed transmisją zawodów poszedłem na rower. Wracając, słyszałem grzmoty dochodzące z odległej, białej niczym bita śmietana chmury, nieoświetlanej przez Słońce, które miało się już ku zachodowi i było zasłonięte przez inne chmury. Patrząc w tym kierunku, prawie jak w przyśpieszonym tempie widziałem, jak chmura robi się coraz to ciemniejsza, przybierając w końcu ciemnobrązowy kolor (kolejny do kolekcji). Wyglądało to groźnie i nawet nie miałem już specjalnie ochoty, aby ta chmura zesłała tu jakieś siejące grozę zjawisko, ponieważ czułem się spełniony po dwóch poprzednich dniach, jednak (jak przystało na większość burz na wschodzie) przesunęła się ona w przeciwnym kierunku. Zdążyłem jednak usłyszeć "ale tam jest czarno!" i był to ostatni komentarz do tego sezonu
Sezon dobry i obfity, wykorzystany całkiem dobrze. Szkoda mi tylko, że w odróżnieniu od bardzo treściwych sezonów 2009 i 2010, tutaj burze szły bardziej na ilość niż na jakość. To poczucie jest w moim przypadku dodatkowo wywołane faktem ominięcia prawdopodobnie najsilniejszej burzy - tej z 20 lipca. Mimo to doceniam, że sezon przede wszystkim wspaniale się zaczął. Tak burzowego zarówno ilościowo jak i jakościowo kwietnia to ja nie pamiętam. Mam nadzieję, że po 10 latach uzyska godnego następcę kmroz - 26 Październik 2020, 22:41 PiotrNS, bardzo ciekawy sezon mimo wszystko, faktycznie brakuje tutaj takiej "koronki" (bez skojarzeń ), ale po prostu tego było bardzo dużo. Trochę mi się to kojarzy z 2018 rokiem u mnie, a w mniejszym stopniu także 2014. Rok 2020 miał paradoksalnie chyba nawet mniej burz niż 2018, zwłaszcza jeśli za "burze" uznamy "pierd w okolicy", ale ich jakość to była zupełnie inna galaktyka.
A co do sezonu 2011 w moich stronach, to przede wszystkim warto wspomnieć o warszawskiej wenecji z 31.07.2011:
Pamiętam jeszcze naprawdę ciekawe burze z 13/14.08.2011 oraz 19.08.2011. W tym drugim przypadku wracałem z dziadkami z działki i było momentami nieciekawie, ale jak to dziadkowie mówili, to nic przy tym, co było 31.07.2011 (wtedy również wracali z działki, ale mnie nie było z nimi, był za to brat Babci).
Z maja i czerwca burz zbytnio nie pamiętam, ale proszę nie sugerujcie się tym, bo kiedyś abym zwrócił uwagę na burzę, to musiałbyć poza domem, bo tak to miałem je gdzieś. A żałuje, bo lata mojej podstawówki i wczesnego gimnazjum to był serio burzowy raj.kmroz - 26 Październik 2020, 22:43 Nawet nie wiedziałem, że burza z 19.08.2011 była MCS-sem xd Danych radarowych sprzed 2013 roku nie ma, więc mogłem opierać się jedynie na danych z różnych stacji oraz wspomnieniach.