To jest tylko wersja do druku, aby zobaczyć pełną wersję tematu, kliknij TUTAJ
Forum wielotematyczne LUKEDIRT
Zdjęcia, pogoda i klimat, astronomia, sport, gry i wiele więcej! Serdecznie zapraszamy!

Ogólnie o pogodzie i klimacie - Sezony burzowe naszego życia

FKP - 12 Listopad 2020, 23:21

Jacob, Generalnie gdybyś rozmawiał ze mną w wieku 10-12 lat to czytałbyś praktycznie to samo :mrgreen: Moje zachowanie, pasje i światopogląd właśnie wtedy się wykreowały i pozostają bardzo stałe od wielu lat. Oczywiście dalej się rozwijam i życie weryfikuje moje poglądy, nie mniej na sprawę np. przeludnienia czy wiary a raczej jej braku patrzę dokładnie tak samo jak wtedy :-)
PiotrNS - 12 Listopad 2020, 23:29

Ja na takie podstawowe kwestie typu wiara, czy ogólnie polityka, mam takie poglądy jak w młodszym wieku, choć żadne zapatrywania nie są u mnie bezrefleksyjne i często myślę o różnych ważnych sprawach. Pogodowe preferencje się zmieniają, ale jest w nich wiele takich kwestii, które pozostają prawie niezmienne od lat, albo wracają do starej formy - np. w oryginale lubiłem śnieg i zimę, tylko w ostatnich trzech-czterech latach miewałem takie chwile zastanowienia, czy aby Trzydziestolatki nie są lepsze ;)
Pomniejsze poglądy życie weryfikuje na bieżąco - czasami na tyle wyraziście, że tworzy mi określoną życiową filozofię i robię się coraz bardziej stały.

PiotrNS - 14 Listopad 2020, 15:38

Długa, śnieżna zima 2013 roku zmęczyła mnie. Kiedy marzec nie pozwalał poczuć choćby namiastki wiosny, czułem już pewną odrazę do śniegu i marzyłem o cieple, o lecie, idealizując przy tym minione lato 2012 - to samo względem którego jestem teraz raczej krytyczny. Kiedy zima zła przedłużyła się na kwiecień, byłem nią już tak zmęczony, że wręcz zacząłem powątpiewać w to, czy jeszcze kiedyś będzie ciepło. Miałem krótki okres bycia denialistą, gdybym wiedział wówczas o istnieniu Andrzeja Dudy, zgodziłbym się z treścią jego słynnego tweeta z 4 kwietnia 2013 ;)
Po każdej udręce (choć teraz patrzyłbym na to inaczej) nadchodzi jednak Czas Euforii. W tamtym roku okazał się wręcz nazbyt euforyczny, gdyż temperatury prędko przeszły z ekstremalnie niskich do ekstremalnie wysokich - przynajmniej w utajniony sposób, bowiem początkowo dni otaczały zimne noce. Jednak jeszcze zanim nadeszło silne ciepło, inauguracji doczekał się kolejny sezon burzowy. W sobotę 13 kwietnia notowano 15 stopni, co po takiej, a nie innej przeszłości odbierałem jak 20. Choć śnieg ogółem stopił się już kilka dni wcześniej, to jeszcze w jednym miejscu, pod daglezją zostało ostatnie wiaderko bieli. Wysokie Słońce przypominało o trwającej wiośnie, ale krajobraz na ziemi był iście księżycowy. Mimo, że to prawie połowa wiosny, nie było nawet zielonej trawy. Wszystko było namoknięte, śliskie, szaro-bure. Poszedłem na chwilę do lasu, ale nawet trudno było tam wejść. Dla mnie nie była to jeszcze prawdziwa wiosna, czekałem na to aż jeszcze się zazieleni i temperatury ustalą się już na wyższym poziomie. Było jednak coś, co w tę sobotę wiośnie pomogło.
Około 12:30 niebo zaciągnęło się ciemniejszymi chmurami, początkowo nieprzypominającymi jednak chmur burzowych. Zaczęło lekko kropić i dopiero kiedy pierwsza część chmur już nade mną przeszła, zauważyłem że najlepsze jest wciąż przede mną. Na chwilę wyszło Słońce, które podświetliło ciemniejsze chmury czekające już na zachodzie. Zaczęło grzmieć, ale błyskawice początkowo kryły się w cieniu opadu. Nie zajęło to dużo czasu, aż silniejszy opad do mnie dotarł. Był to deszcz bardzo lokalny, praktycznie niewykryty na stacji. Minutę po jego nadejściu, intensywność burzy zwiększyła się. Nastąpiły trzy wyładowania blisko siebie, w tym przynajmniej jedno doziemne, na południe ode mnie. I jakby na sygnał dany z nieba, w mgnieniu oka zaczął padać drobny, granulkowaty grad. Po chwili zrobiło się biało, tak jak jeszcze tydzień wcześniej. Trawa, która jeszcze nie zdążyła dźwignąć się po zimie, znowu została ostrzelana bielą. Mimo, że zjawisko trwało bardzo krótko i już po kwadransie burzy nie było nawet słychać, niezwykle ucieszyłem się faktem jej wystąpienia. Od tego momentu liczyłem prawdziwą wiosnę, także dlatego że deszcz rozpuścił resztki walającego się jeszcze gdzieniegdzie zleżonego śniegu. Szkoda, że na tym etapie zarówno burze, jak i inne zjawiska zrobiły sobie przerwę. Może to i dobrze, ale jednak brakowało mi czegoś, co urozmaici postęp tej pory roku. Liczyłem nawet na powtórkę majówki sprzed roku, ale - co trochę mnie rozczarowało - kiedy 25 kwietnia temperatura doszła do zaledwie 24 stopni, było mi za gorąco i nawet nie chciałem za bardzo wychodzić. Tego dnia mieliśmy ognisko klasowe, na które pojechałem rowerem na oddalone o około 5 kilometrów boisko w wyżej położonej miejscowości, tak że musiałem pokonać kilka większych podjazdów. Teraz tę trasę zjadam na śniadanie, ale w 2013 dla małej, słodkiej kuleczki jaką wtedy byłem, stanowiło to pewne wyzwanie i mocno się zmęczyłem.
Majówka była inna - co nie znaczy "gorsza". 1 maja był już w miarę normalnie zielonym dniem, a pochmurne niebo nie odbierało mu wiosennego uroku. Pogoda stała wtedy jednak w miejscu, stąd z większą uwagą przyjąłem pogodę w Święto Flagi. Burze w lochu po sierpniu 2014, a następnie po 30 sierpnia 2020, kojarzą mi się z czymś zupełnie innym, ale i w maju 2013 wyszła z tego bardzo przyjemna układanka. Niestety właśnie z powodu lochu trudno jest mi jednoznacznie określić, kiedy miał miejsce początek tej burzy. To dosyć niezwykłe, ale burza wcale nie wyróżniła się w gąszczu chmur i jedyne co o niej przypominało, to ulewny deszcz, który zaczął wtedy padać, a także powtarzające się grzmoty. Te wybrzmiewały jednak dosyć daleko, ponieważ burza tylko o mnie zahaczyła, nie dając się zaobserwować. Niedosyt pozostał, ale nadal nie składałem broni, ponieważ prognozy jednoznacznie wskazywały - to nie koniec.
Wieczorem, około 21:00 zasiadłem przed komputerem i zacząłem studiować detektor wyładowań. Widać było na nim znacząco dużą komórkę burzową przemierzającą Słowację. Zmierzała prosto w moim kierunku, ale jak to często bywa w moim przypadku, aby móc cieszyć się takimi burzami, te muszą poradzić sobie z przekroczeniem naturalnej granicy Polski. Tatry niejednokrotnie rozbijały nawet dobrze zorganizowane komórki i w ten sposób u siebie - po drugiej stronie Tatr - musiałem zadowolić się tylko deszczem. Ta burza rozciągała się w chwili jej dostrzeżenia na radarze, na odcinku od Wiednia do okolic Wielkiej Fatry. W niektórych miejscach zdawała się osłabiać, co nieco mnie niepokoiło, bo po nieudanym dziennym widowisku, liczyłem przynajmniej na nocne. Kiedy burza zaczynała się zbliżać, poszukałem w Internecie kamerek na żywo z Zakopanego. Znalazłem zapis na żywo z Krupówek, które z racji majówki, o tej porze tętniły jeszcze życiem jak w środku wakacji. Rozświetlone szyldy restauracji i sklepów utrudniały dostrzeżenie błyskawic. Burzę poznałem dopiero wtedy, gdy zgromadzeni na głównej ulicy zimowej stolicy Polski turyści zaczęli się rozbiegać. Burza sprawnie przekraczała Tatry, a ja nabrałem nadziei na to, że i ja zostanę zaszczycony jej obecnością. Postęp zjawiska był jednak powolny, stąd zdecydowałem jednak pójść spać. Niespokojny, bo pełen nadziei i entuzjazmu, obudziłem się dokładnie o północy, bił dzwon kościoła gdzieś w mieście. Błysnęło się gdzieś w oddali. Podszedłem do okna wypatrując kolejnych wyładowań, nasłuchując przy tym grzmotu, ale nic nie zauważyłem. Dziwne, bo nocą widać ode mnie na spokojnie błyskawice połyskujące nawet w środkowej części Słowacji (w rozdziale o sezonie 2020 będzie o tym sporo). Mijały minuty, pół godziny i nic się nie działo. Ani jednego wyładowania. Nawet nie sprawdzałem radaru, wydałem autorską diagnozę - burza poszła w góry równolegle i tam się zdezorganizowała. Za jakąś godzinę lunie i będzie po wszystkim. Położyłem się z powrotem i wtedy już przez zamknięte oczy wyczułem drugi blask. Nawet nic specjalnego sobie z tego nie robiłem, aż pojawił się drugi. I grzmot. Może jednak? Wtedy postawiłem się już w stan gotowości i po sprawdzeniu radaru wiedziałem już, że to musi się udać :) Stanąłem przy oknie i wypatrywałem wyładowań, które zbliżały się coraz bardziej. Dochodziła 1-sza. Wtedy właśnie zza chmur zaczęły prześwitywać piękne pioruny. Grzmoty były bardzo basowe. Co około 10-15 sekund niebo rozświetlało się albo przez łańcuchy mknące między chmurami albo przez pioruny uderzające w ziemię. Zaczęło padać i około 1:30 rozpętała się prawdziwa nawałnica. W pewnym momencie błyskawice cięły jak oszalałe i to wprost nade mną. Nagle deszcz ustał i zobaczyłem wielki doziemny piorun przez okno wychodzące na zachód. Burza wzięła mnie tak, że miałem ją po każdej stronie. Uderzyło jeszcze kilka piorunów i na chwilę zapanowała cisza. Stało się coś ciekawego. Usłyszałem, jak w ogrodzie coś stuknęło, jakby coś się przewróciło. Dzień wcześniej robiliśmy porządki w ogrodzie i o bramę garażową oparte stały metalowe grabki. Nie znam się na elektrostatyce, ale to brzmiało tak, jakby się przewróciły i obiły tę bramę. Dwie-trzy sekundy później jak rąbnęło, tak aż można było oślepnąć. Nie wiem gdzie, raczej nie w mój dom, ale na pewno bardzo blisko. Nie znalazłem żadnych śladów uderzenia w moim ogrodzie, ale niewątpliwie stało się to gdzieś bardzo blisko. Wyłączyliśmy zasilanie w całym domu i jeszcze przez około pół godziny podziwialiśmy pioruny, aż odeszły na północny-wschód. Rano w strumieniu komentarzy pod ostatnim artykułem na stronie Polskich Łowców Burz napisałem komentarz w stylu "Nowy Sącz miał dzisiaj w nocy zachwycający spektakl doziemnycb wyładowań - jedno bardzo bliskie". Nie wiem kto tam wtedy przesiadywał, ale odpowiedź którą otrzymałem, nie należała do miłych, było to coś rodzaju "gdzie ty kurrrczę miałeś doziemne, co ty pierrrprzysz, chyba doziemnego nie widziałeś" itd. Niestety od kiedy Łowcy włączyli możliwość komentowania ich artykułów, wartościowe forum podupadło, a tam zapanowała atmosfera rodem z bloga Kóhaża. Dobra, załóżmy że nie widziałem. Nawet jeśli, to trwający dzień miał mi jeszcze je pokazać :D 3 maja było już wyraźnie ciepło, temperatura przekraczała 20 stopni i prześwitywało Słońce. Dzień spędziłem na zabawach z Sabą i graniu w siatkówkę na pobliskim boisku. Zrobiłem też wtedy zdjęcie kwitnącej magnolii Betty, które widnieje gdzieś w ogrodowym wątku tego forum. Obowiązywał drugi stopień ostrzeżenia przed burzami, więc wszystko wskazywało na to, że właśnie trwa wyjątkowo burzowy początek maja. Wszystko stało się jasne około godziny 15:00. Wtedy właśnie zachmurzyło się na południu, niemal dokładnie tam. Podobnie jak 2 lipca 2020 roku chmury bardzo szybko nabrały wyraźnie ciemnogranatowego odcienia. Ciemność chmur kontrastowała ze świeżą, młodomajową zielenią drzew. Błyskawice na początku nie ujawniały swoich kształtów, bowiem kryły się jeszcze za drzewami, jednak ich rozbłyski niosące się po coraz ciemniejszych chmurach, jasno wskazywały na to, że dzieje się coś poważnego. Za tymi drzewami jest rzeka, a po drugiej stronie - kilka osiedli. Mieszkał tam mój kolega z klasy, zatem napisałem do niego i poprosiłem, by zrelacjonował to co widzi. Byłem bardzo niecierpliwy, ale już po chwili ten burzowy potwór zaczął walić we mnie najostrzejszą amunicją. Widziałem w chmurach coś przypominającego małą chmurę stropową, na pewno w powszechnym ciemnym granacie kryła się jakaś struktura. Błyskawice uderzały po południowej i wschodniej stronie, bowiem właśnie tam burza miała zmierzać; na podobną nutę co w lipcu 2014, ale z większą siłą. I pod innym kątem, bowiem mniej więcej do Nowego Sącza chmura przesuwała się bardziej na północ niż na wschód, dopiero za miastem wyraźnie zmieniła kierunek. Kiedy zaczął padać deszcz, zapanował ogólny rozgardiasz. Zerwał się wiatr, a przez wodę lejącą się na okna, słabo było widać pioruny. Bacznym obserwatorem był jednak mój Tata, który w niemal ostatniej chwili zauważył, że już bardzo niedaleko, kilka pól dalej na południe od domu, przy ziemi mknie jakby biała chmura, całkowicie niwecząca widoczność. Odgadłem ją bezbłędnie. To grad. Uderzył w nas już po chwili. Grad zmieszany z deszczem w silnym wietrze zrobił taki hałas, że nie słyszałem nawet własnych myśli. To niewątpliwie burza roku, targała drzewami tak niemiłosiernie, że podejrzewałem nawet jakiś lokalny microburst. Zamieszanie trwało kilka minut, jednak paradoksalnie nie zrobiło się zbyt biało, grad prędko się ulotnił. Burza odchodziła w stronę Rzeszowa ukryta za zwieszonymi bardzo nisko, białymi chmurami. Grzmoty wybrzmiewały jednak jeszcze długo, jakby chciały przygotować nas na dłuższe rozstanie z takimi burzowymi emocjami. Solidna burza przydarzyła się jeszcze 7 maja, kiedy nadeszła od zachodu. Kiedy świeciło Słońce, wyglądała bardzo groźnie, ale ostatecznie skończyło się na spadku temperatury i kilku ładnych błyskawicach na początku zjawiska. 21 maja grzmiało kiedy byłem w szkole, ale właśnie z tego powodu nie napiszę o tej burzy nic więcej niż tylko to, że była. Więcej pamiętam z 30 maja, kiedy burzowa ulewa zastała mnie akurat w drodze ze szkoły - szczęśliwie jechałem wtedy autobusem, a nie na rowerze czy pieszo. Maj był burzowo satysfakcjonujący, choć pod innymi względami pogodowymi średnio go pamiętam, największą uwagę przykładałem wtedy do burz. Podobnie miało być w czerwcu, który niestety na początku był tylko pseudoczerwcem - chłodnym i pochmurnym. Zdarzały się burze wewnątrzmasowe, ale ograniczające się tylko do pojedynczych grzmotów, tylko jedna (z 3 czerwca) nie uszła mojej uwadze, bo doprowadziła do silniejszego opadu. Po bardzo deszczowym okresie, pierwsze lepsze ocieplenie, które nastąpiło na końcu pierwszej dekady, w połączeniu z dużą parnością, wydawało się bardzo nieznośne. 9 czerwca przy tych 28 stopniach czułem bardzo nieprzyjemny ukrop. Chmura burzowa, z której wydobywały się pioruny, rozciągała się na wschód ode mnie. Grzmiało często i gęsto, ale w blasku Słońca rozproszonego po mlecznym niebie, nic więcej nie było widać. Czerwiec jak dotąd nie postawił na jakość, ale wkrótce miało to się zmienić.
11 czerwca 2013 siedziałem w szkole, chociaż było już oficjalnie po lekcjach. Powód był następujący - otóż nasza nauczycielka polskiego w trakcie roku szkolnego narobiła nam strasznych tyłów w materiale. Sukcesem było planowe zrobienie trzech lekcji pod rząd - później był czas na filmy, opowieści o wróżbiarstwie i numerologii (serio), filmy, zastępstwa, filmy, opowiadanie o kotach, panele dyskusyjne na temat kotów i numerologii itd. Wspomniałem o filmach? Ten rok szkolny tak uwstecznił mnie z polskim, że ja - finalista olimpiady humanistycznej - z pierwszego zadania klasowego w drugiej gimnazjum u nowego, wymagającego nauczyciela (o zmianę prosili rodzice) dostałem dwóję i to raptem punkt powyżej jedynki. Udało mi się odbić i liceum przejechałem już właściwie tylko na 5 i 6, a maturę rozszerzoną zdałem na ponad 90%, ale początek gimnazjum strasznie mną zachwiał. Na wywiadówce pod koniec roku szkolnego wydało się, w jakiej czarnej dziurze jesteśmy z materiałem i wyszła odgórna decyzja, że mamy to odrobić. Zostawaliśmy w szkole o dwie godziny dłużej niż normalnie i tak było też tego dnia. Siedziałem koło okna i widziałem, jak na niebo napływają ciemne, ołowiane chmury. Niestety nic więcej nie mogłem z tym zrobić. Zaraz obok była wysoka ściana sąsiedniego szkolnego budynku oraz drzewo, które skutecznie zabierały mi widoczność. Było mi z tym ciężko, tak chciałem wyrwać się na wolność, wrócić do domu, obejrzeć burzę, ale nie było mi to dane. Z zazdrością myślałem o uczniach równoległej klasy, którzy mieli inną nauczycielkę i nie musieli zostawać na żadnych odrabiankach. Grzmiało coraz silniej i coraz trudniej było się skupić. W końcu jednak stało się to niemożliwe. Około 16:00 jak nie lunęło, tak świata nie było widać. Wszyscy, którzy po lekcjach zostali jeszcze posiedzieć sobie na placu przed szkołą, zaczęli uciekać. Oberwała się chmura. Przez około 20 minut deszcz walił jak oszalały. Spadło 56,4 mm deszczu :!: i choć odczuwalnie ulewa z Białki Tatrzańskiej 19 lipca 2011 wydawała mi się silniejsza, ten dzień zasługuje na pierwsze miejsce. Pojechałem wtedy do szkoły na rowerze i kiedy około 17:00 wracałem, pokonując mały zjazd w stronę pobliskiego supermarketu, gdzie był fajny skrót, wpadłem w takie kałuże, że kompletnie straciłem przyczepność i przez kilka sekund musiałem balansować ciałem w tej wodzie, która chlapała mi prosto w oczy. Szkoda że nie widziałem tej burzy w całej okazałości, po prostu szkoda. Burze w kolejnych dniach stały się produktem pierwszej potrzeby, ponieważ po krótkim okresie względnie umiarkowanych temperatur, nadeszły upały. Już 18 czerwca, kiedy welkie burze przeszły m.in. przez Kielce i Rzeszów, temperatura osiągnęła 33,6 stopnia, zaś pięć dni później pobiła rekord wynikiem 34,2 (ten rekord został przebity w najpiękniejszym pogodowo dniu od dnia ustania biblijnego potopu, 30 czerwca 2019). Zanim ten dzień jednak nadszedł, tuż przed nim, 20 czerwca widziałem w oddali najpiękniejszego CB-ka w swoim życiu. Było to wieczorem, u kresu kolejnego upalnego dnia. Po przeciwnej stronie nieba, na południowym-wschodzie rozbudowała się chmura tak potężna, że zachwycała każdego, kto na nią popatrzył. Była jak potężny, poskręcany grzyb, zdawała się być jakimś żywym, oddychającym organizmem. Kiedy zaczęło się ściemniać, jej biel zaczęła połyskiwać odległymi błyskawicami, ale niestety prędko zamarła. Jak ja przy 34 stopniach, a tak właśnie miało być nazajutrz. W tych dniach moją ulubioną częścią doby były bezchmurne wieczory. W tym ciepełku lubiłem usiąść sobie na balkonie, popatrzeć w niebo i zwyczajnie się rozmarzyć, zamyśleć, wyluzować, czegoś posłuchać. Zbliżało się przesilenie letnie i z tej okazji miałem ochotę spędzić całą noc na dworze, tak na powitanie nadchodzących wakacji. 21 czerwca był piątek, więc wszelkie okoliczności zdawały się temu sprzyjać. Wieczorem niebo jednak zachmurzyło się i w gąszczu komarów pojawiła się ona - wielka burzowa chmura. Ciemnogranatowe odcienie sunące od strony zachodu informowały, że nici z moich planów. Burza podzieliła się na dwie części. Jedna około godziny 20:00 przemknęła nade mną z drobnym deszczem i kilkoma wyładowaniami międzychmurowymi. Mimo, że to najdłuższy dzień roku, zrobiło się ciemno. Wróciłem do domu i w środku poczułem się gorzej niż na zewnątrz. Wszystko po tym upale było mocno nagrzane, tak że miałem ochotę tylko się umyć i odpocząć. Wtedy nadeszła druga część burzy - obfitująca w wyładowania międzychmurowe. Niestety z racji niskiego piętra chmur, błyskawice połyskiwały poza zasięgiem mojego wzroku, pięknie rozświetlając jednak otoczenie, sunąc wprost nade mną. Burza ciągnęła się do północy, kiedy spadł drobny deszczyk, a ja poszedłem spać. Kolejne dni przyniosły wzrost zachmurzenia, ale czekał mnie jeszcze burzowy rewanż. To wspaniała noc z 24 na 25 czerwca. Noc, która ukoiła mnie swoim pięknem. Pierwsze symptomy burzy pojawiły się wtedy około 22:00. Monitorując sytuację na radarach i detektorach, widziałem jakie piękne zjawisko zmierza do mnie od strony Krynicy. Powiedziałem o burzy Mamie i poszliśmy na dwór podwiązać hortensję. Po ciemku, ale niezupełnie, bo zadanie ułatwiały nam już coraz częstsze i intensywniejsze wyładowania. Na pół godziny przed północą chmura błyskała już tak mocno, że nie pozostawało nic innego, jak tylko się w niej zauroczyć. Na minutę przed północą w asyście setek wyładowań międzychmurowych, z których część była bezproblemowo widoczna, zjawiła się wichura i silny opad deszczu. Tuje w ogrodzie kładły się pod naporem powietrza, a wszystko rozświetlało mnóstwo pięknych błyskawic. Niekiedy napływała jakaś niższa chmurka, która przesłaniała ich uroki, jednak już po chwili stawały się z powrotem widoczne. Siedziałem przy odsłoniętym oknie na brzegu swojego łóżka, wpatrzony w ten niebiański spektakl, w ciemnoróżowo-czarne niebo rozjaśniane niebiańskim prądem aż nagle zrobiło się jasno, a ja uświadomiłem sobie że jest 6 rano :lol: Błyskawice tak mnie zahipnotyzowały, że urwał mi się film i w pewnym momencie po prostu zasnąłem, ukojony powolnymi grzmotami. Podobno burza idąc na wschód (czyli już w dalszej kolejności) była najbardziej intensywna, ale i moje z nią przygody wystarczyły, by ją pokochać :) Po burzy się zachmurzyło, w sam raz na początek wakacji. Najbardziej żenujących burzowo wakacji w moim życiu. W ciągu tych dwóch miesięcy udana była właściwie tylko pierwsza dekada pseudolipca - ciepła, słoneczna, a przy tym z małym urozmaiceniem w postaci zdarzenia z 5 lipca. Burza z niemałym opadem nadeszła wtedy w środku dnia, dzieląc parny poranek od idealnie czystego wieczora, który - jak chyba każdy w tym czasie - spędzałem na grze w siatkę albo w "nożną zośkę" czy rzuty karne :) Burza przyniosła ładny deszcz, ale prócz tego nie pokazała niczego niestandardowego oprócz kilku wyładowań widzianych przeze mnie w porze jej zbliżania się na ciemniejszej chmurze. Ostatnią lipcową burzę widziałem już tylko online - na kamerze z Wrocławia wieczorem 10 lipca, kiedy stęskniony za piękną nocą 25 czerwca marzyłem o powtórce tego widowiska. 13 lipca wyleciałem na dwa tygodnie do Włoch. Nie miałem tyle szczęścia co Kmroz, który około 27 lipca wyjeżdżał z Polski. Ja wróciłem dokładnie na ten skwar. Po Włoszech byłem przyzwyczajony do takich temperatur, ale czułem rozczarowanie tym, że nawet na północ od strefy klimatów podzwrotnikowych muszę mierzyć się z takim ukropem. Moje zamiłowanie do upałów właśnie wtedy wyraźnie się ulatniało, a kiedy nadeszły pamiętne sierpniowe dni, chciałem zapaść się pod ziemię, ukryć, ulotnić. Dwie wieczorne błyskawice widziane wieczorem 7 sierpnia, ślady jakiejś konwekcji, to było wszystko. 8 sierpnia przy 37 stopniach, tym rekordowym upale, wręcz nie dało się żyć, zwłaszcza że wcale nie było tak sucho i temperaturze towarzyszyła parność. 9 sierpnia, czyli w dniu jednego z największych rozczarowań w historii, po porannym wyjściu na pole, napisałem pod artykułem Łowców ostrzegającym przed gwałtownymi burzami na południu, coś o podobnej treści do tego - "W Nowym Sączu jest jak w silniku parowym. Gorąco nie do wytrzymania, mam nadzieję że burza nie pójdzie bokiem". Poszła. Trzeci stopień zagrożenia wydany przez Estofex, taka temperatura, nerwowe oczekiwania - na marne. Skończyło się na lekkim pociemnieniu od strony Tatr i kilku grzmotach, strefie która minęła mnie o przynajmniej 20 kilometrów. Nawet ciemno się nie zrobiło, nie spadła ani kropla deszczu, a była susza. Beznadziejnie, dobrze że chociaż się zachmurzyło. Gorąco było jednak takie, że nie dało się spać, a tu 10 sierpnia czekało mnie wesele kuzynki. Klimatyzowana sala była jak znalazł, ale obsługa hotelu nauczona pewnie doświadczeniami minionych tygodni, i tak wręczyła wszystkim gościom wachlarze :) Nie padało. Kilka razy było jeszcze ładnie i umiarkowanie ciepło, ale kiedy w III dekadzie zaczęło się chmurzyć, wiadomym było, że lato odchodzi. Marna, kilkugrzmotowa konwekcja z 20 sierpnia, której nawet prawie nie pamiętam, to było wszystko. Sezon burzowy skończył się na dobrą sprawę 5 lipca. Wakacje podzielone na całkiem aktywny lipiec i sierpień, w którym nie wiedziałem co ze sobą robić i mocno mi się nudziło, minęły. Pozostawało czekać na przyszłoroczne burze. I było warto, bo dopisały :) Rok 2014 został już jednak opisany, więc następny w kolejce będzie rok 2015 - pierwszy rok, który z dzisiejszej perspektywy uważam za sobie "współczesny", już lepiej zapamiętany, z kilkoma zdjęciami, może trochę bardziej wyraźnymi wspomnieniami. Za 2013 nie tęsknię. Maj i czerwiec nieraz pokazały pazur, ale jeśli schodzi się ze sceny w środku przedstawienia, nie świadczy to dobrze o aktorze, którym jest pogoda - pogoda, która latem od zawsze wiąże się przecież z burzami.

kmroz - 14 Listopad 2020, 16:02

To co się wydarzyło w sierpniu 2013 u Ciebie, jak i ogólnie w całej SE Polsce, to był naprawdę prawdziwy dramat - chociaż jedno przyznam, pogoda w dniach 21-25.08.2013 na szczytach nad Nowym Sączem (przeszliśmy w te 4 dni wzdłuż i wszerz cały Beskid Sądecki od Szczawnicy po Jaworzynę Krynicką i z powrotem) była naprawdę miła do chodzenia po górach.

Ja miałem o wiele więcej szczęścia w sierpniu, chociaż ani jednej, ani drugiej fali burz i deszczy nie przyszło mi doświadczyć - pierwsza miała miejsce, gdy jeszcze byłem w Grecji, a druga już jak byłem w górach.

Podobne współczucie mam do regionów SE Polski jak pomyślę sobie o waszym horrorze z końca sierpnia 2020. Taki skwar przez 2 dni poszedł na marne. To znaczy, na marne dla was, bo wasz upał napędzał nasze nawałnice. Wbrew pozorom ta z wieczoru 30.08.2020 nie była jedyna - porządnie też grzmiało i lało 30.08 nad ranem i rano, spadło wtedy u mnie chyba 30mm deszczu (chociaż moja prywatna stacja zawyża nieco opady z tego co zaoobserwowałem). Ale oczywiście ta zlewa pozostała jedynie w cieniu tej dużo konkretniejszej nawałnicy, jaka naszła wieczorkiem :jupi:

A tak wyglądał krajobraz w dniu 30.08.2020, tuż przed nadejściem nawałnicy. Zdjęcie robione w powiecie skierniewickim, ponad 50km na SW od Warszawy. Typowy listopadowy, mglisty zmierzch - i mówię to nie bez kozery, bo niemal tak samo jest w tej chwili za oknem... Cytat z mojego towarzysza łowów i zarazem kierowcy: "Gdybym nie patrzył na radary i usłyszał od kogoś, że idzie nawałnica, to bym gościa wyśmiał". I patrząc na to, jak to wyglądało, to wcale się bym nie dziwił....





kmroz - 14 Listopad 2020, 16:10

A tak to wyglądało w sercu nawałnicy

https://photos.app.goo.gl/UCBGmEBTmhHs8Nk5A

FKP - 14 Listopad 2020, 16:12

kmroz napisał/a:
2013

:zygacz:

kmroz - 14 Listopad 2020, 16:18

Przypomniało mi się, jak jechaliśmy, a raczej płynęliśmy autem jak już wracaliśmy z tych łowów i akurat nagrywaliśmy to na lajwie i jakiś jełop rzucił w komentarzu, że "jak zwykle żadnej burzy nie było i do dupy z tymi ostrzeżeniami" to się tak wkurwiłem na niego na żywo, że aż po chwili usunął komentarz :lol:
kmroz - 14 Listopad 2020, 16:18

PiotrNS napisał/a:
Ja na takie podstawowe kwestie typu wiara, czy ogólnie polityka, mam takie poglądy jak w młodszym wieku,


Ja na te tematy to najczęsciej chyba zmieniam poglądy xd

kmroz - 14 Listopad 2020, 16:30

A taka nawałnica była 4.10.2020 :jupi:

https://photos.app.goo.gl/CYd4owyCbETBAfpt6

PiotrNS - 14 Listopad 2020, 17:02

kmroz napisał/a:
Przypomniało mi się, jak jechaliśmy, a raczej płynęliśmy autem jak już wracaliśmy z tych łowów i akurat nagrywaliśmy to na lajwie i jakiś jełop rzucił w komentarzu, że "jak zwykle żadnej burzy nie było i do dupy z tymi ostrzeżeniami" to się tak wkurwiłem na niego na żywo, że aż po chwili usunął komentarz :lol:

Jak zwykle niektórzy myślą, że skoro wydano ostrzeżenie, to znaczy że burza jest bardziej niż pewna i choćby minimalnie przeszła bokiem, to już znaczy że ostrzeżenie było do bani ;) Mogłoby się wydawać, że pogodowa pasja zrzesza głównie pasjonatów natury, ludzi pragnących wiedzy, nowych doświadczeń i obserwacji, a tu niestety zdarza się wielu frustratów. Dobrze zrobiłeś, że go ochrzaniłeś ;)
A 30 sierpnia 2020 teraz już tak nie żałuję (choć przed jego nadejściem nie miałem na ten dzień ochoty), bo w zamian nocą z 31 sierpnia na 1 września przyszła piękna burza z długą ulewą :jupi:



Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group