To jest tylko wersja do druku, aby zobaczyć pełną wersję tematu, kliknij TUTAJ
Forum wielotematyczne LUKEDIRT
Zdjęcia, pogoda i klimat, astronomia, sport, gry i wiele więcej! Serdecznie zapraszamy!

Ogólnie o pogodzie i klimacie - Sezony burzowe naszego życia

PiotrNS - 25 Listopad 2020, 15:28

I tak oto nastał wyjątkowy dla mnie rok. Mam do niego dużą sympatię i słabość, bo choć może nie wszystko darzyło mi się najlepiej ze wszystkich dostępnych rozwiązań, to wiele czynników roku sprawiło mi naprawdę dużą radość i poczucie szczęścia. Jak dotąd był to najbardziej podróżniczy rok mojego życia, a ponadto rok, w którym kontynuowała się moja przemiana z gimbusa w młodego mężczyznę, który wtedy mentalnie zrobił wyraźny postęp. Rok 2015 kojarzy mi się też z chyba najlepszymi (a jeśli nie, to jednymi z najlepszych) wakacji, które zdobyły moją sympatię na wiele sposobów, choć pogoda w nich panująca nie pozwalała by o niej zapomnieć w żadnym wypadku. I nie zawsze pomagała, a często szkodziła. No bo przyznajcie, czy to nie robi wrażenia?

https://meteomodel.pl/dane/historyczne-dane-pomiarowe/?data=2015-09-01&rodzaj=st&imgwid=349200660&dni=68&ord=asc

Pierwsza burza tego roku przydarzyła mi się na Florydzie, kiedy 12 stycznia wracaliśmy do naszej bazy wypadowej w Venice z Cape Canaveral. Sama burza miała postać tylko odległych błysków, bo nie wjechaliśmy bezpośrednio pod nią, jednak kiedy zaraz po wyjeździe, jeszcze blisko atlantyckich plaż i aligatorów, trafiła nas komórka opadowa i lunęło silnym deszczem, przypomniały mi się najlepsze burzowe doznania z lata 2014 w Polsce. Dalej jechało się już spokojnie, nawet grzmotów zbytnio nie słyszeliśmy, bo zostały zagłuszone przez płytę z włoską muzyką, którą przed wyjazdem kupiliśmy w Biedronce i puszczaliśmy sobie podczas samochodowych wojaży. Kiedy indziej słuchaliśmy tamtejszych rozgłośni radiowych i od tego czasu już nie narzekam na polskie stacje, że puszczają w kółko to samo. Tam to dopiero spamują te same kawałki, ale może dzięki temu z żadnym innym epizodem w życiu nie mam tylu muzycznych wspomnień co z tamtym. W naszym muzycznym dziale udostępniłem wiele utworów, które kojarzą mi się z tą podróżą (wiele z nich nawet z konkretnymi miejscami), ale potem i tak uświadamiałem sobie, że zapomniałem tego i tamtego. Wyprawa upływała bardzo miło, a jako że trochę stęskniłem się za domem, nawet szok termiczny odczuwalny po powrocie nie był tak dotkliwy. Biała magia powitała mnie już na Okęciu, a w kolejnych dniach przepięknie posypało także w Polsce. Od zmiany pogody gorsza była zmiana stref czasowych. O ile w noc po powrocie zmęczony zasnąłem od razu i spałem jak suseł przez 11 godzin, tak w następną nie mogłem zmrużyć oka aż do 4 nad ranem, choć na 8 szedłem do szkoły, w dodatku miałem wtedy sprawdzian. Na szczęście w szkole nie padłem ze zmęczenia, nawet rzucaliśmy się śnieżkami. Po tym dniu czas już mi się wyrównał. Kolejne tygodnie były dosyć nudne, upływały pod znakiem przygotowań do egzaminów. W zasadzie była to dla mnie przyjemność, bo w klasie czułem już taką niemiłą atmosferę. Cieszyłem się gdy przyszedł marzec, a potem kwiecień i kres gimnazjum wydawał mi się już bliski. Okres III dekady tego miesiąca wspominam jako naprawdę piękny pogodowo (dziś wzbudza moje poważne zastrzeżenia), a przy tym całkiem przyjemny, trochę rozbity między książkami a przyjemnościami wypływającymi z pogody, głównie przejeżdżony na starym rowerze po okolicy. Przeszkadzał mi tylko niedosyt po napisaniu egzaminu, który trochę mi nie podszedł oraz brakowało mi tylko burz, ale i to się zmieniło, do tego dość niespodzianie, wieczorem 26 kwietnia. Nie wydano wtedy żadnej burzowej prognozy i szczególnie nie zaprzątałem sobie tym myśli, ale kiedy usłyszałem grzmot, od razu poczułem dużą radość i pragnienie, by pierwsza burza obeszła się ze mną w widowiskowy sposób. Trafnie wytypowałem, że najprawdopodobniej grzmi na północ ode mnie, w okolicy jeziora. Właśnie tak było. Wyszedłem na północny balkon i wyglądałem błyskawic w ciemnofioletowej, jednolitej chmurze która rozciągała się nie tak daleko ode mnie, pięknie kontrastując z kwitnącą czereśnią. Burza okazała się dosyć słaba i widziałem niewiele, jednak jeden jedyny raz, akurat kiedy odszedłem na chwilę od okna, wyładowanie trafiło gdzieś niedaleko, czego rezultatem był bardzo głośny grzmot. Potraktowałem go jako "wypadek przy pracy", bo widziałem że burza oddala się i słabnie, toteż nie widziałem potrzeby wyłączania domowych urządzeń, zwłaszcza że akurat leciało "Ranczo" :lol: Kolejne dni przyniosły trochę bardziej sensownego ciepełka i opadów, jednak burze wyraźnie o mnie zapomniały. Pierwszą połowę maja odebrałem jednak jako bardzo przyjemną, ładną i idealnie majową, głównie dlatego że temperatury były niemal w punkt odpowiednie do tej pory roku, a majowe pseudodeszczyki zdarzały się często. 9 maja kupiłem nowy rower, który wspaniale służy mi do dziś. Przetestowałem go następnego dnia, kiedy pojechałem na nim do lasu i zaliczyłem małą glebę na tamtejszych wybojach ;) W tym czasie lubiłem przejechać sobie tam krótką trasą zjazdową, jak również jeździć po wyznaczonej przez siebie pętli, na której czekały przyjemne widoki i urozmaicony teren, a po około dwóch kilometrach jazdy wracało się do punktu wyjścia. Najgorzej w tym czasie wspominam wycieczkę do teatru w Krakowie i obozu Auschwitz-Birkenau w dniach 14-15 maja. Atmosfera w klasie była już całkiem nieprzyjemna i dla mnie ten wyjazd był właściwie jakby za karę. Ta dominująca część klasy zebrała się wieczorem w pokoju i podobno na czele z moim imiennikiem obrabiała d*/ę za plecami tym, których nie bawiło ich towarzystwo, zresztą i tak by mnie tam nie wpuścili. Nie wiem czy to jakaś zawiść czy coś innego, ale źle się wtedy tam czułem (oni też, ale z innego powodu, niektórzy ładnie dali w palnik wtedy) i tylko odliczałem czas do końca szkoły. Przyjemnie zaskakiwała za to pogoda. 19 maja ta wiosenna sielanka ustąpiła miejsca pierwszym letnim, gorącym klimatom. To były bardzo miłe urodziny, także pogodowo. Rano niebo było bezchmurne, ale w kolejnych godzinach trochę się chmurzyło i wieczorem wysoce prawdopodobne stało się to, że następny dzień okaże się pogodowo bardzo udany. Odbierałem wtedy nagrodę za dojście do finału olimpiady, więc humor dopisywał, a od samego rana miał stać się jeszcze lepszy. 20 maja, to najwspanialszy burzowy dzień tego roku, emocjonujący nawet bardziej od trwającego wówczas finiszu kampanii wyborczej :) Tutaj znajdziecie moją fotorelację, ale ostrzegam, że pod koniec odzywa się stary Piotr: http://www.lukedirt.com.pl/viewtopic.php?t=476
Nie zaprzeczę jednak, że czas początku czerwca po tych chłodniejszych i deszczowych dniach zakończonych lekką burzą i deszczem w Słońcu 30 maja bardzo mi się wizualnie podobał i miło go wspominam. Lampowy okres tego miesiąca kojarzy mi się ze smakiem śmietankowo-pomarańczowych lodów, obserwowaniem samolotów przez teleskop, wieczornymi spacerami połączonymi z podziwianiem Wenus i Jowisza i komentarzami "o jaka piękna pogoda". Burz jednak nie było, więc pole dla niedosytu zostało pozostawione. Ten rekordowo suchy czerwiec był jednak życiowo bardzo miły chociażby przez to, że na skutek mojego "zmądrzenia" i wzięcia się do nauki, po raz pierwszy od dwóch lat odebrałem świadectwo z czerwonym paskiem, lecz głównie za sprawą kolejnej podróży w dniach 10-18 czerwca, tym razem do Danii i Norwegii (zahaczyliśmy też o Szwecję), krajów które zachwyciły mnie swoimi krajobrazami, zwłaszcza Norwegia totalnie mnie zaczarowała. Był to wyjazd ogólnoszkolny (czyli liceum łączone z gimnazjum), uzbierało się nas około 40-50 uczestników, dyrektor i paru nauczycieli, a mnie przypadła rola poprowadzenia (po angielsku) spotkania z norweską młodzieżą, dzięki czemu stałem się bardziej rozpoznawalny w całej szkole i zacząłem bardziej nabierać poczucie własnej wartości, niskie po ostatnich miesiącach w mojej klasie. Może też przez to kilka osób mi tak dokuczało. W Skandynawii trwało chłodne lato. Mieszkaliśmy w domkach w ośrodku na wzniesieniach, w pobliżu jeziora gdzie nocami wychodziliśmy biegać. Grono pedagogiczne mieszkało w innym domku, toteż mieliśmy dużą swobodę. Poznałem się z chłopakami z którymi byłem zakwaterowany w 10-osobowym drewnianym, kilkupokojowym budynku i świetnie się dogadywaliśmy, nadal bardzo się lubimy. Zdarzało się trochę poimprezować, ale kulturalnie, to był towarzysko doskonały wyjazd, kolejny powód dla którego uwielbiam ten rok. Białe noce utrudniały sen, zamiast niego lepiej było przejść się w góry obok, posiedzieć nad jeziorkiem, pochodzić sobie po białej magii... Raz wybraliśmy się tam na dalszy spacer w dniu z ładną, ciepłą pogodą, a ja dość lekkomyślnie zbyt słabo się ubrałem. Na wzniesieniach mocno wiało i zrobiło się naprawdę bubulkowo, tak że mocno zmarzłem (choć nie dawałem tego po sobie poznać) i obawiałem się o przeziębienie, toteż po powrocie poszedłem wygrzać się do sauny. Pamiętam swój zachwyt, kiedy 17 czerwca późnym wieczorem dopłynęliśmy promem do Rostocku i zdałem sobie sprawę, że o północy jest tu cieplej niż w norweskich górach w pełni dnia. Później pozostało mi jeszcze zaskoczenie, że w Nowym Sączu nie ma białych nocy, lecz o 23:00 jest ciemno ;) Właśnie 18 czerwca, kiedy wróciłem, pogoda się zmieniła, zrobiło się nieco chłodniej i dosyć lochowo (przynajmniej mnie się tak wydawało), czasami nawet coś pokropiło. Pamiętam że przez kilka dni po powrocie bolały mnie plecy tak na odcinku lędźwiowym, prawdopodobnie na skutek długotrwałego siedzenia w autokarze. Przez tę dolegliwość nie chodziłem na basen, a na rowerze jeździłem na razie dość delikatnie, po okolicy, aż mi przejdzie. Do szkoły chodziło się już praktycznie tylko po to, żeby się pokazać i pograć w ping-ponga. W ostatnich dniach przed rozpoczęciem wakacji zdarzyło mi się narzekać na... pochmurność i niskie temperatury. Gdybym wtedy wiedział, co mnie czeka...
Wakacje rozpoczęły się 26 czerwca, w piątek dość słoneczny i ciepły. Znaczna część klasy na pożegnanie po zakończeniu roku poszła jeszcze na jakąś posiadówkę nad Dunajec, ale ja nie chciałem, od razu wróciłem do domu. Na wspaniałe wakacje, przejeżdżone na rowerze, który stał się wtedy moją pasją. Na tyle wakacyjnych przygód ile nie miałem przez wszystkie poprzednie wakacje razem wzięte. Podczas tych dwóch miesięcy odwiedziłem nieodległe miejsca, w których nigdy dotąd nie byłem mimo mieszkania tu od urodzenia, jak również wiele dalszych. 1200 km na rowerze, prawie codzienny basen, spacery do lasu i jazda po pętli, beztroska, radość z życia, piękna pogoda (stary Piotr był dziwny, tak ją zapamiętał xD). Na przełomie czerwca i lipca po raz pierwszy mój ogród napotkała plaga guniaków czerwczyków, które przeszkadzały mi w obserwacji bliskiej koniunkcji (choć to nic przy tej, która czeka nas 21 grudnia 2020) Jowisza i Wenus wieczorem 30 czerwca, w dniu kiedy na dobre się odloszyło. Uprzykrzały życie do tego stopnia, że wyszedłem z ogrodu i siadłem sobie pośrodku pola, słuchając cykających zwierzątek. 1 lipca u progu fali upałów, pojawiła się prognoza, z której wynikało że w Lublinie stuknie 40 stopni. Jakoś się tym nie przejmowałem, pomyślałem sobie że przynajmniej będziemy mieli współczesny rekord, a nie pomiar sprzed 94 lat. Tego dnia miałem ognisko ze znajomymi, a w kolejne pomimo temperatury ochoczo kręciłem na rowerze. Gorącą noc z 5 na 6 lipca spędziłem na polu obserwując niebo w ramach astronomicznego powitania wakacji. Co ciekawe, nie było to lato wybitne astronomicznie. Pierwsza część lipca to jeszcze krótkie i dość jasne noce, a przez sierpniową falę upałów i suszę, w powietrzu było dużo mikrocząsteczek pyłu, który utrudniał zadanie. Jedynie III dekada sierpnia pokazała się od lepszej strony. W nocy 6 lipca wszystko było widać jednak jeszcze idealnie, a jedyną wadą tak spędzonego czasu i poświęconego snu, było moje okropne zmęczenie w dniu 6 lipca, kiedy temperatura przekraczała 34 stopnie przy pełnej lampie, a mnie doskwierało niewyspanie i aż nie miałem siły wychodzić z domu do tego piekarnika (co ciekawe, w poprzednich dniach nie miałem tego problemu, podobnie jak w 2012 roku cieszyłem się nawet, że wakacje zaczynają się tak "porządnie"). Na 8 lipca zapowiadano wyczekiwane burze. Cieszyłem się z tego, że upał na razie się skończy, bo już trochę się nim zmęczyłem. Niestety nie zobaczę już jak się wtedy zachmurzyło i nadciągała burza do złudzenia przypominającą tę sprzed dokładnie roku. Ostatnim dniem uwiecznionym na zdjęciach jest 7 lipca. Wtedy wgrałem je wszystkie do komputera, a następny wrzut planowałem zrobić we wrześniu, miesiącu kiedy wystąpiła awaria i wszystko nie powiem co strzeliło. Wracając do 8 lipca, okoliczności tego dnia niemal dokładnie kopiowały realia sprzed roku. Też byłem na basenie i też około 15:00 burza nadeszła, standardowo od południowo-zachodniej strony. Wyładowania pobłyskiwały między chmurami, więc nie zapamiętałem jej jako szczególnie aktywnej elektrycznie, tylko na początku dane mi było widzieć kilka piorunów doziemnych, akurat w czasie kiedy smugi opadowe jeszcze tak nie przeszkadzały. Najważniejsza w przypadku tej burzy była jednak nie "szata graficzna" lecz tak wyczekiwany deszcz. 12 mm to suma niewidziana od 26 maja, ale niewystarczająca. Już wtedy zaczęła mi doskwierać istna burzowa posucha. Okolice 10-15 lipca to też bardziej leniwie spędzony czas, raczej w domu. Nawet sam nie wiem skąd poczułem takie znużenie, ale przez tych kilka dni mam mniej wspomnień, jedynie tradycyjny jarmark św. Małgorzaty w przyjemną sobotę 11 lipca i to jak 13 lipca w mieście złapała mnie potężna ulewa z aż 0,1 mm opadu, która trwała 30 sekund. Więcej zaczęło się dziać 16 lipca, kiedy nadeszły już ostateczne wyniki rekrutacji do liceum (czyli do tej samej szkoły, bo była łączona z gimnazjum) i dostałem się tam gdzie chciałem, na dość dziwny profil pol-geo-ang, który zmieniłem po pół roku (jeszcze Wam o tym opowiem, ale nie chodziło o żadne sprawy personalne, mimo że byłem jednym z zaledwie dwóch chłopaków w klasie ;) ). W tych dniach Słońce znów zaczęło przypiekać, toteż bardzo logicznie po odpuszczeniu sobie przyjemnych dni, wróciłem do forsowania się na rowerze akurat na powrót upału. Wciągnęła mnie pewna gra terenowa, w którą grałem wtedy pasjami i również za jej przyczyną to lato było dla mnie tak wyjątkowe. Ale o niej będzie w innym dziale. W lipcowe dni żyłem jednak nie tylko wyjazdami, śledzeniem kto się dostał a kto się nie dostał, kto poszedł do której klasy itd, ale również burzami zapowiadanymi na 18 i 19 lipca. Nie zapomnę tej upalnej soboty, która przyniosła mi wyjątkowo emocjonujące śledzenie sytuacji związanej z jutrzejszym rozwojem burz nad Polską. Miałem nadzieję na to, że może w końcu ten nieudany burzowo rok zacznie mi dopisywać tak jak humor w tę sobotę i ogólnie wakacje. 18 lipca dość prędko się zachmurzyło, ale wieczorem po zachodzie Słońca chmury zaczęły "pękać" i niebo było tego wieczora piękne, tak artystycznie przyozdobione. Miałem wrażenie, że przy tym rozpogodzeniu temperatura jakby znowu wzrosła. 18 lipca 2015 to niestety (o czym wówczas jeszcze nie wiedziałem) ostatni dzień nieodżałowanej mapy ostrzeżeń Łowców Burz, tej z podziałem na powiaty, w której miejsce w niedzielę wgrali tę nową, która coś mi nie odpowiada, jest taka nudna. W niedzielę było strasznie gorąco. Temperatura wyniosła 33,7 stopnia, a ja siedziałem pod czereśnią w ogrodzie i na telefonie śledziłem rozwój wydarzeń, błagając Niebiosa aby zesłały na mnie burzę. Około 15:00 usłyszałem pomruki, ale niestety burza dała mi kosza i poszła bokiem w stronę Tarnowa. Poszedłem nawet w miejsce, skąd dobrze widać ten kawałek świata i zrobiłem zdjęcie zdradzieckiej burzy, która nie dała mi ani kropli wody. Zdjęcie wysłałem na Messengerze do znajomego pasjonata pogody z Łodzi, który relacjonował mi sytuację w swoim regionie i przysłał zdjęcie funnel clouda gdzieś z okolic Włocławka, które gdzieś znalazł. To moje zdjęcie, dla mnie cenniejsze od złota, bo jedno z niewielu jakie uchowały mi się z tych wakacji. Proszę zwrócić uwagę na kolor trawy, to jest Polska a nie kraje Południa :(



Jedynym pocieszeniem w to popołudnie był widok cudownego shelfa oglądanego na żywo na kamerze z Placu Defilad w Warszawie i zachmurzenie, które dopiero w porze zachodu Słońca dopuściło ponownie trochę promieni. Wybrałem się wtedy nad rzekę i zrobiłem piękne zdjęcie tego słoneczka przeciskającego się przez chmury i odbijającego się w wodzie, niestety cytując główną bohaterkę znanego filmu z 1997 roku, "exists now only in my memory". 21 lipca upał był kontynuowany. W tym skwarze w samo południe pojechałem na najbardziej stromy podjazd w promieniu 15 km ode mnie i po raz pierwszy w życiu udało mi się go pokonać. Po powrocie miałem na liczniku 45 kilometrów, toteż wieczorem jeszcze raz poszedłem się przejechać, by dobić do 50 w jeden dzień. I chyba właśnie ten dzień mnie "zakonserwował", sprawił że mój organizm na dobre przyzwyczaił się do gorąca, co przed nadchodzącym sierpniem było bardzo przydatne. Doszło do tego, że kiedy 23 lipca znowu 33 stopnie weszły jak w masełko, ja zupełnie nie odczułem tego, że jest aż tak upalnie. Około 13:00 wracałem z zakupów i już się chmurzyło. Na Rynku rozstawiono kurtynę wodną i za każdym razem gdy stamtąd wracałem, lubiłem pod nią przejechać. Niektórzy najbardziej zdesperowani w sierpniu stali pod nią, żeby się kompletnie zmoczyć, bo nieraz nie szło wytrzymać ;) Jednak właśnie ten 23 lipca zesłał na mnie wyczekaną burzę. Właśnie w porze mojego powrotu do domu usłyszałem pierwsze grzmoty i zobaczyłem że na południu się zachmurzyło. Po dojechaniu na miejsce wyszedłem na drugie piętro, do takiego swojego drugiego pokoju, skąd najlepiej było widać burzę. Szkoda że nie mierzyłem temperatury jaka tam panowała, w każdym razie w godzinach popołudniowych, gdy waliło tam Słońce, ów pokój wszyscy omijali szerokim łukiem. Burza z 23 lipca przechodziła w kierunku północno-wschodnim, przypominając mi konwekcje z lipca 2014. Widziałem kilka błyskawic, ale wszystkie pobłyskiwały daleko ode mnie. Próbowałem robić zdjęcia, ale tych akurat nie mam co specjalnie żałować, bo nic spektakularnego na nich nie uwieczniłem. Burza poszła sobie szybko i pozostawiła po sobie tylko dość żałosny opadzik. Na szczęście odpoczynek był już blisko. Trzeba było tylko wytrzymać ostatnie uderzenie. W sobotę 24 lipca jakbym dostał jakimś obuchem, tak strasznie gorąco było. Żaden model nie przewidywał aż ponad 34 stopni. Szykowałem się na 31 i jadąc po zakupy na rowerze i przy okazji trochę się przejechać upał mocno mnie zaskoczył. Okropnie chciało mi się pić i ledwo dojechałem do domu wpatrując się tylko z nadzieją na kłębiące się cumulusy, które sprawiały wrażenie jakby rozpływały się z tej temperatury. Z euforią przyjąłem dźwięk pierwszego popołudniowego grzmotu, jaki rozległ się około 15-tej. Niebo w tamtym miejscu na południu wyraźnie pociemniało, co dało dużą nadzieję, może z dużego upału w końcu będzie porządna burza... Zaczęło lekko pogrzmiewać, ale burza która zrodziła się niedaleko Piwnicznej/Starej Lubowli, poszła w stronę Gorlic i Jasła. Pod wieczór znów poszedłem pojeździć na rowerze, i choć burza znajdowała się już dosyć daleko, to było ją widać jak na dłoni. Zachodzące słońce oświetlało znajdującą się po przeciwnej stronie nieba chmurę, która wydawała się bardzo ciemna. Z jednej strony miałem piękny zachód słońca i niewiele kłębiastych chmurek oświetlonych na pomarańczowo (byłem wtedy w pobliżu rzeki, pamiętam rozbite namioty i czyjąś sporą imprezę na brzegu), zaś na wschodzie wiało grozą, bo było wręcz czarno, a raz na jakiś czas ciemność przeszywało doziemne wyładowanie. Kiedy zrobiło się już ciemniej, różnice w jasności nieba zaczęły się zacierać, ale błyski z tamtej strony nadal trwały, jakby burza stanęła w miejscu. Wróciłem do domu około 21:30 i nadal było je dobrze widać, więc już od siedmiu godzin miałem burzę w pobliżu. Wieczór był ciepły, ale jak na tak skwarny dzień, zupełnie pozytywnie zaskakujący, temperatura spadła do przyjemnych 20-21 stopni. Poszedłem na balkon i oglądałem oddalające się błyskawice, kiedy postanowiłem sprawdzić na radarach, jak daleko znajduje się już obiekt mojej obserwacji, a wtedy zauważyłem że coś dzieje się nad Tatrami. Dobrze zorganizowana i aktywna elektrycznie komórka pędziła w moim kierunku tak, że postanowiłem na nią poczekać. Spania i tak by nie było, bo w sąsiednich apartamentowcach odbywał się głośny grill, jak to często bywa u mnie w weekendy. Zamiast tego trochę sobie poćwiczyłem, tego wieczora pierwszy raz doszedłem do 70 pompek. Zrobiłem w tym czasie duży postęp także jeśli chodzi o formę.. Około 23:00 zauważyłem pierwszy silny błysk, a już pół godziny później widziałem jak na dłoni majestatyczne doziemne pioruny bijące już na tyle głośno, że grzmoty pobudziły okoliczne psy. Błyskawice rozświetlały ogromne kowadło przesłaniające nieliczne gwiazdy (niebo było lekko zamglone, stąd nie było ich dobrze widać). I zaraz po północy wszystko runęło. Przez około godzinę, do 1-szej podziwiałem niemałe widowisko. Dominowały groźne wyładowania doziemne, ale nie zabrakło też łańcuchów tnących niebo w poprzek nad moim domem. Spadł jakże potrzebny latem 2015 roku deszcz, aczkolwiek w małej ilości, co zawiodło. Poza tym jednak burza dopisała, trwała dosyć długo, do około 1:30, po czym zaczęła gasnąć. Tym samym pozostawałem w burzowej "strefie wpływów" przez około 10 godzin, co docenić warto, ale niedosyt pozostał. Zwłaszcza, że nawet w te chłodniejsze dni na końcu miesiąca nie miałem co liczyć na większy opad, tylko takie byle co. 28 lipca znowu pojechałem na długą wycieczkę dookoła miasta, zaś 30-go miałem nieformalne integracyjne spotkanie klasowe, na którym to byłem jedynym obecnym przedstawicielem płci trochęmniejpięknej :D Już wtedy prognozy pogody sprawiały oszałamiające wrażenie. W 2018 roku potrafiłem przejmować się ilością dni gorących w Ciudad de Wroclaw i brakiem ochłodzeń (nowy Piotr polemizuje), kiedy indziej wysoką anomalią, to tym, to tamtym. A wtedy, u progu straszliwej fali upałów czułem kompletny chill, tak bardzo byłem już przyzwyczajony. Dla pamiętającego z lipca 2006 tylko urywki, pojedyncze chwile zabawy na polu, pogodne niebo, podlewanie roślinek i szybkoschnące malowane ściany w domu, lipiec 2015 był najwybitniejszy pod względem gorąca. To już było niezwykle upalne lato, przyzwyczaiłem się. Sierpień miał to tylko pogłębić. Nadszedł w piękny, umiarkowany, słoneczny dzień, podobny do 1 sierpnia 2020. Ale reszta była już inna. Nie sposób nie być wdzięcznym za to, że prawdziwy żar nie wlał się do mnie od razu, ale dopiero 6 sierpnia, w politycznie pamiętny czwartek. Wcześniej to nawet Słońca nie było specjalnie dużo, ale 4 sierpnia to dzień już wyraźnego subupału. Zrobiłem wtedy coś bardzo głupiego, piszę to ku przestrodze abyście nigdy nie przeceniali swoich umiejętności. 4 sierpnia 2015 roku koło południa pojechałem na rowerze na jedno ze wzgórz otaczających Nowy Sącz i wybrałem trudniejszą trasę. Przejechałem kawałek przez las, po czym zaczął się iście karkołomny podjazd. Bardzo duże nachylenie, długi odcinek, a przy tym pełne słońce i w zaokrągleniu 30 stopni. Pod koniec podjazdu nogi miałem już jak z waty i resztką sił wyjechałem na szczyt. I chyba jedyny raz w życiu znalazłem się na absolutnym skraju wytrzymałości. Kto tego nie przeżył, nie wie jak to jest, to gorsze od największego zmęczenia. Wyjąłem bidon, ale prawie nie byłem w stanie przełknąć wody; tylko włączyłem lokalizację w telefonie (na wszelki wypadek jakbym nie był w stanie sobie z sobą poradzić) i usiadłem na pieńku w jedynym zacienionym miejscu, gdzie po 5 minutach doszedłem do siebie i mogłem jechać dalej. I kolejna niespodzianka... Przejeżdżałem przez kawałek lasu już w sporej odległości od początku trasy i słyszę telefon, prośbę bym wracał, bo idzie burza :D Ja zdziwiony, bo modele nie zapowiadały burzy, a jeśli już to wieczorem. Podjechałem do krawędzi lasu, patrzę a tu wielki, ciemny CB-k i błyskawica centralnie na zachód ode mnie, jakby idealnie wyczuła moment. Nie widziałem go wcześniej, bo tę stronę świata zasłaniało mi zbocze. Momentalnie w tył zwrot i pośpieszna ucieczka. Miałem nadzieję żeby przynajmniej zdążyć dojechać do miasta i móc schronić się na jakimś przystanku. 20 kilometrów zrobiłem w lekko ponad 20 minut i to bez szaleństw na zjazdach tylko dzięki rozpędzeniu się na płaskim. Niecałą godzinę wcześniej byłem ledwie żywy, a wtedy miałem taką parę w nogach, że mógłbym ścigać się chyba z każdym :D No i praktycznie zdążyłem, padać zaczęło jak prułem przez miejskie ścieżki rowerowe i po chwili byłem u siebie. Kilka razy straszyły donośne grzmoty, ale ostatecznie burza prędko się rozeszła. A wycieczkę dokończyłem przy bardziej odpowiednich warunkach 22 sierpnia. Później na tę trasę wróciłem dzień po studenckiej euforii, 28 lipca 2020. Podobne treningi w pełnym Słońcu i takiej temperaturze przebyłem także w czerwcu 2016 i 2 sierpnia 2018 - wtedy nawet przejechałem gorsze "wyrypy" jak to się u mnie mówi, ale jakby nie było, byłem już o trzy lata starszy i silniejszy. 5 sierpnia 2015, w dniu kiedy przez Nowy Sącz przejeżdżał peleton Tour de Pologne, spadł ostatni pseudodeszcz. I rozpoczęło się piekiełko. Jak ja wytrzymałem te jedenaście ogromnie gorących dni bez perspektyw na zmianę pogody, to nie wiem. W tych dniach starałem się utrzymywać swoją formę normalnie jak zwykle, jednak już wkrótce doszedłem do wniosku, że wolę wybierać się na przejażdżki rano i wieczorem. Żałuję, że nie mam zdjęć z porannej przejażdżki nad Kamienicę 9 sierpnia. Wtedy nie było tam jeszcze ścieżki rekreacyjnej i jeździło się po zwykłym, lekko kamienistym gruncie. Jadąc na wschód, po swojej prawej stronie miałem rzekę, a właściwie lekko płynący potoczek, a po lewej dojeżdżałem do obszaru łąk i pól uprawnych. Miałem wrażenie, że jestem gdzieś w dalekiej Serbii czy Rumunii (nie, Rumunia odpada, tam latem 2015 przechodziły potężne burze), tak bardzo sucho było wszędzie. Trawy nie udawały już nawet zieleni. Moi sąsiedzi w czasie tej fali upałów wyjechali gdzieś na dłuższy urlop i podczas ich nieobecności trawnik kompletnie im zżółknął. Siano było wszędzie, a ja zaprzestałem wyjazdów do lasu na rowerze. Tam wystarczyła iskra, bo sytuacja była bardzo trudna. Ekstremalne temperatury utrzymywały się i jedynym pocieszeniem w niedoli była konwekcja i nieliczne grzmoty na zachód ode mnie właśnie 9 sierpnia. Niestety nic z tego nie wyszło. Wracałem wtedy z przejażdżki i około południa wyglądało to naprawdę zacnie, cała tamta część nieba była ciemna i tylko lekko jaśniejsze obłoczki wyróżniały się na tym tle. Kiedy to przeszło bokiem, spisałem sezon na straty. Byle go przetrwać... Na chwilę się zachmurzyło, a ja schowałem się przed Słońcem do domu, by wieczorem znowu gdzieś się wybrać. I niestety źle się to skończyło. Jadąc po lekko kamienistej ścieżce nad Dunajcem, w pobliżu kurortowej stacji najechałem na kawałek szkła i przebiłem sobie oponę. W tym upale musiałem ledwo jadąc na uszkodzonym kole gonić przez całe miasto do domu, zaklinając w myślach powietrze w kole, aby nie uciekło do końca, bo musiałbym ten rower chyba taszczyć na plecach. Na szczęście udało mi się dojechać i może dzięki temu miałem cztery dni przerwy od swoich aktywności, aż wszystko udało się naprawić. Czy to dobrze czy niedobrze? Dobrze, bo trochę mniej się forsowałem, źle bo w domu wydawało mi się być jeszcze goręcej niż na polu. Większość czasu spędzałem na bawieniu Saby w ogrodzie; ona też była zmęczona, ale miała gdzie się schować, zazwyczaj leżała w dzień pod tujami, a wieczorami chodziliśmy na spacery. Czasami przeszedłem się sam lub z kimś pospacerować po mieście i poznać niezaprzeczalną zaletę Lata Stulecia i tej wielkiej fali upałów. Nowy Sącz (wtedy właściwie raczej Nouvel Songe), który niemal zawsze zasypia wcześnie wieczorem i nie przejawia tętniącego życia poza galeriami handlowymi, w końcu się ożywił. Wieczorno-nocny tryb życia stał się obowiązujący i właśnie wtedy, tylko wtedy spacerując po Starym Mieście późniejszą porą, mogłem poczuć się tam jak w miasteczku gdzieś we Włoszech czy Hiszpanii, kiedy to pora kolacji generuje najwięcej aktywności i kontaktów międzyludzkich. Dni mijały, a ja stawałem się coraz nieczulszy na upał i te kalafiory, które codziennie zakwitały na niebie, a nic z nich nie było. Tylko raz byłem zły na to, że nie jest inaczej, jeszcze cieplej i jeszcze bardziej pogodnie, taki paradoks przy tym upale. To 12 sierpnia, kiedy przed Nocą Perseidów niebo zachmurzyło się całkowicie i trochę się zachmurzyło. Byłem niepocieszony tym, że prośby o chwilę wytchnienia od żaru, który mimo wszystko doskwierał, musiały zostać wysłuchane akurat teraz. Wieczorem niebo się rozpogodziło, ale w powietrzu było tyle pyłków i lekkiej mgły, że obserwacje mi się nie udały i już o 1-szej znudzony wróciłem do domu. Starałem się czerpać z tych dni jak najwięcej i jak najlepiej, 16 sierpnia czułem już jednak wyraźnie, że gorąc powinien wiedzieć, kiedy ze sceny zejść. Zaczynało mi się nawet tęsknić do jesieni, tylko wakacji było mi szkoda, gdyż miałem na nie jeszcze wiele planów. Rzeczonego dnia 16 sierpnia właśnie około 13:00 pojechałem kawałek nad Kamienicę, by uwiecznić niski stan wody na zdjęciach (niestety, jak zapewne już wiecie, niemal wszystkie zdjęcia z tych superwakacji utraciłem, więc i tej pamiątki niestety nie mam). Specjalnie wybrałem ten dzień, bowiem wiedziałem, że teraz może trochę popadać i poziom wody nieco urośnie. Cieszyłem się z ochłodzenia, szczególnie zważając na to, że jeszcze kilka dni wcześniej prognozy straszyły żarem tak długo, jak to tylko możliwe.
Wkrótce zaczęło grzmieć i wróciłem do domu. Nie miałem daleko, góra 5 minut drogi. Po przyjeździe spojrzałem na południe (nietypowy kierunek, zazwyczaj burze przychodzą do mnie od zachodu lub południowego-zachodu), zrobiłem poniższe zdjęcie i wysłałem je na Messengerze do znajomego z Łodzi, pasjonata burz o którym już kiedyś opowiadałem. Dzięki temu to zdjęcie przetrwało, choć niestety ucierpiało na jakości.



Za tymi wysokimi drzewami płynie rzeka, której brzegi w połowie sierpnia 2015 były niemal w całości piaszczyste. Rodzice wyszli do ogrodu, żeby podwiązać rośliny, bo godzinę wcześniej ostrzegałem przed burzą. Ja z kolei postanowiłem profilaktycznie podlać małą zewnętrzną grządkę na wypadek, gdyby deszcz okazał się tylko pseudodeszczem. I właśnie wtedy, będąc po drugiej stronie ogrodzenia, spojrzałem w tamtym kierunku i ujrzałem jak na ciemnym tle ołowianej chmury burzowej coś się unosi, jakby druga chmura, o pomarańczowo-czerwonym kolorze. Prędko odgadłem, że to burza piaskowa i tumany kurzu i piasku poderwane na brzegu Kamienicy. Nawet to skomentowałem, powiedziałem że chyba ładny wiatr się zerwał nad rzeką. Ale że aż tak? Nie spodziewałem się, że powieje tak mocno, myślałem że przy takiej suszy wystarczy po prostu normalny wiatr, żeby zrobić takie zamieszanie. Nie minęło 10 sekund aż w jednej chwili jakby uderzyła we mnie jakaś fala uderzeniowa, potężny poryw wiatru. Prawie się przewróciłem, porzuciłem konewkę i zacząłem uciekać do domu. Rodzice weszli tam przez garaż pod domem, który jest trochę osłonięty przez murki, jednak ja o tym nie pomyślałem i gnałem pod wiatr do głównych drzwi. Słyszałem, jak wiatr porywa wspomnianą wyżej konewkę i rzuca nią o płot, to była niespotykana siła, zapewne bardzo lokalna. W innych częściach miasta podobno nie wiało tak mocno, za to silniej podlało. U mnie niestety skończyło się na 20 minutach opadu, po których wyszło Słońce. Błyskawic widziałem niewiele, a po skończeniu burzy poszedłem przejechać się po okolicy, by sprawdzić czy nie ma szkód w drzewostanie. Na szczęście skończyło się na oberwanych liściach i drobnych gałęziach, już więcej spustoszenia spowodowała burza 27 sierpnia 2017 roku, kiedy wiatr złamał gruby konar drzewa po drugiej stronie łąki. A w 2015, kiedy zaczęła się burza, dostałem SMS-a od kolegi o treści "Nareszcie przyszła ta zmiana pogody". Cóż, latem 2015 roku każda zmiana aury na chłodniejszą była w Nowym Sączu bardzo niestała, ale tych 16 milimetrów, które spadły przez 16 i 17 sierpnia, nie sposób nie docenić :) Szkoda, że u mnie było tego mniej. Ale przynajmniej pewien etap się zakończył. Zapowiadane chłodniejsze dni miały sprzyjać mi tak bardzo jak to tylko możliwe, ale tym razem nie wszystko dokładnie się udało. 18 sierpnia przyjechała do nas dalsza ciocia ze swoim synem, którego już dawno nie widziałem. Spotkanie było bardzo miłe, fajnie nam się siedziało i rozmawiało, aż do czasu kiedy ktoś wpadł na pomysł, by pójść po lody do pobliskiej lodziarni. Zjedliśmy ze smakiem, później się pożegnaliśmy i goście odjechali. A mnie wieczorem zaczął boleć brzuch. Niestety zatrułem się i przez trzy dni było dosyć ciężko, wakacjom musiałem powiedzieć "pas", mimo że planowałem pojechać jeszcze w wiele miejsc i zrobić jak najwięcej zanim rozpocznie się rok szkolny. Kolega też się zatruł, więc nie byłem osamotniony, co ciekawe dorosłym udało się uniknąć tych nieprzyjemności.
Kiedy wyzdrowiałem, to z pozostałych mi dni czerpałem pełnymi garściami. Takie dni jak 23, 24 i 26 sierpnia, wypełniłem zabawą i podróżowaniem po okolicy aż po sam brzeg, tak że wracałem się już kiedy świeciły gwiazdy i zostawałem na dworze, by je obserwować, nucąc sobie pod nosem przeboje z lat 80-tych, których słuchanie w tym czasie bardzo mnie wciągnęło. Dlaczego nie umieściłem tu 25 sierpnia? Ano dlatego, że w ciągu dnia spadł deszcz i ochłodziło się do 15 stopni, co w tym czasie było dla mnie lodówką, która spotkała mnie lekko ubranego w mieście. Przynajmniej choć trochę zieleni odzyskało minimum swojego koloru. I tak trwały dalej. Piękne wakacje, dni w które nie miałem nawet czasu usiąść przed komputerem. Wiedziałem, że nadciąga kolejny upał, toteż starałem się jak najlepiej użyć tych przyjemnych temperatur, o które wcześniej przez długi czas było ciężko. 29 sierpnia korzystałem z wakacji ostatni raz. Po południu spróbowałem pojechać jeszcze w jedno miejsce i wtedy stało się coś zagadkowego. Nie było jakoś strasznie gorąco, tylko 28 stopni, dość standardowo, poniżej średniej temperatury maksymalnej tego miesiąca. A jednak tak mnie to osłabiło, że pomyślałem sobie "dosyć". Upał, który już tak wiele razy się naprzykrzał, naruszył cienką granicę mojej cierpliwości. Ze świadomością, że 30, 31 sierpnia i 1 września będzie ponad 35, zrezygnowałem ze wszystkiego. Miałem już tak serdecznie dosyć, że nawet nie wychodziłem wtedy z domu, jedynie 1 września poszedłem na rozpoczęcie roku szkolnego, po czym zaszyłem się głęboko w ciemnym pomieszczeniu, ciesząc się że Król Lat jest właśnie detronizowany. 2 września pogoda była już chłodniejsza, a ja rozpoczynałem kolejny, tym razem bardzo miły etap nauki w miłym gronie, pozostając nadal pod wrażeniem tego okresu w pogodzie, który właśnie minął. Niepocieszony tylko straszną burzową (i nie tylko) posuchą. Lato nie powiedziało jednak ostatniego słowa i upał z zaświatów uderzył jeszcze raz 17 września. Kiedy zobaczyłem to w prognozach, aż nie mogłem uwierzyć, jak strasznie długo to się ciągnie. Marzyłem już tylko o zimie, niekoniecznie takiej jak nadchodzący grudzień (2015 rzecz jasna). Sezon burzowy już zamknąłem i uznałem go za najgorszy jaki przeżyłem od 2009 roku, trochę gorszy nawet od 2013, kiedy jednak w maju i czerwcu miałem atrakcję. Nagroda pocieszenia jednak jeszcze się zjawiła - w nocy z 19 na 20 września obudziła mnie ulewa i błyskawice. I głupio się przyznać, ale praktycznie w ogóle mnie nie poruszyła. Moja burzowa pasja przeżywała wtedy kryzys, po tak słabym sezonie stałem się na nie mniej czuły, choć teoretycznie powinno być odwrotnie. Wstałem tylko na chwilę, zobaczyłem jeden rozbłysk niewidoczny przez smugi opadowe i uderzający gdzieś w innych stronach (burza przesuwała się w kierunku wschodnim, czyli słabo, bo nie mam dobrego punktu obserwacyjnego na ten kierunek świata) i wróciłem do łóżka. Zapamiętałem jednak, że była to dość dziwna burza - kiedy padał deszcz, wyładowań nie było, zaś kiedy opady chwilowo się uspokajały, miałem wrażenie że błyskawice tną niebo jakby tuż nad dachem. Tak zakończył się nieudany sezon.
Rok 2015 był dla mnie bardzo fajny i przyjemny, także dalsza część jesieni i grudzień bardzo mi dopisały. Aktywne, beztroskie i ciekawe wakacje wraz z podróżami mają w nim pierwszeństwo. Ten rok dużo zmienił w moim życiu, ale co najważniejsze, tylko na lepsze. Miło go wspominam (w 2019 roku to prawie się rozklejałem na myśl o 2015-tym), jednak to lato pod względem pogodowym schowałbym tak głęboko jak tylko się da. Najniższa suma opadów w historii (96 mm w trzy miesiące) i aż 32 dni z upałem (drugie miejsce, czyli 1994 rok, to tylko 23), to gruba przesada i pogodowy koszmar. Dobrze dzisiaj wiedzieć, że to minęło, i dobrze wiedzieć, że tak trudny pod względem pogody czas udało mi się bardzo przyjemnie przeżyć. Kolejny rok i kolejne lato będzie następną opowieścią, ale już bardziej sympatyczną :)
Jeśli wytrwałeś do końca, jesteś legendą.

jorguś - 25 Listopad 2020, 15:59

Bardzo ciekawy opis, czytałem dość długo, nawet nie wiem ile bo mnie to bardzo pochłonęło, szacunek że Ci się chciało. Widać, że ten rok jest mocno osadzony w Twojej pamięci, sam czytając to wszystko przypominałem sobie ten rok i wszystko to, co mu towarzyszyło. A no i przyznam, że robi wrażenie kondycja, zwłaszcza jak na 16 letniego chłopaka. Średnia prędkość prawie 60 km/h na rowerze, nie wiem czy byłbym w stanie tyle osiągnąć na zjazdach :-P
PiotrNS - 25 Listopad 2020, 16:20

Dziękuję bardzo :) Rok wcześniej wziąłem się za siebie i udało mi się zrobić duży postęp, też trochę na przekór tym, którzy od podstawowówki przez gimnazjum widzieli we mnie takiego słabego fajtłapę ;) Myślę że pod niektórymi względami dałbym im teraz radę, choć nie widać po mnie, żebym był jakiś szczególnie silny, nadal mam raczej drobną budowę ciała.
A ten zjazd to było szaleństwo, kiedy człowiek znajduje się w sytuacji zagrożenia, to może przekraczać własne ograniczenia i bariery, byle tylko osiągnąć cel. Na płaskim rozpędziłem się wtedy tak do 40, przy zjeździe nabrałem tak do 60-65 i już przez resztę trasy trzymałem prędkość, że nie schodziłem poniżej 25-30. Szkoda że nie mam dokładnej średniej, ale na pewno udało mi się bardzo szybko pokonać spory dystans :) Z dwojga złego jednak wolę jeździć kiedy jest mi za gorąco niż za zimno ;)

jorguś - 25 Listopad 2020, 16:36

PiotrNS, Tym bardziej rozumiem teraz Twoją sympatię do tego roku, ja trochę podobnie wspominam analogiczny dla mnie rok 2014 i te wakacje pomiędzy gimnazjum a szkołą średnią, to dla mnie również wyjście z przysłowiowego cienia i czas w którym udało mi się trochę dowartościować. I podobnie jak Tobie pomogła mi przemiana fizyczna, choć przyznaje że jednak gimnazjalne przemiany Twoje czy kmroza wyglądają bardziej imponująco, nie mniej myślę że jestem w stanie Was zrozumieć :D
FKP - 25 Listopad 2020, 16:39

Ja to maks. 40-45 km/h jechałem ale u mnie nie ma za bardzo na czym się rozpędzić bo jest prawie non stop płasko xd
kmroz - 25 Listopad 2020, 18:18

PiotrNS, piękna opowieść i wiele wspólnego ma też z moim analogicznym 2013. Przeczytałem w całości, odpisałbtm coś więcej, ale aktualnie jestem w pieszej podróży i palce odmarzają 🥶😍☃️

Jutro jak bede miał więcej czasu to opowiem coś więcej może o lecie i jesieni 2013, a Ty mam nadzieję odpiszesz na moją zimę 2012/13 Jak wczoraj obiecałes3

kmroz - 25 Listopad 2020, 21:01

Ta niespodziewana burza po zakończeniu sezonu kojarzy mi się aż za dobrze z tegorocznym pazdziernikiem.

Co do kwestii pożegnania z klasą, to ja na finiszu miałem też mała nieprzyjemności- w czwartek 27.06.2013 po oficjalnym zakończeniu roku, mieliśmy spotkanie razem z nauczycielami i rodzicami, takie pożegnalne. Był to moment, w którym poczułem się naprawdę dobrze, wreszcie się czułem naprawdę doceniony i gadałem z klasą już tak na poważnie. Aż do czasu, gdy przypadkiem się dowiedziałem, że jedna koleżanka za kilka dni robi urodziny na które zaprosiła 80% klasy... mnie oczywiście w tym gronie nie było. Fakt, pewnie jakbym się chciał to bym się tam wprosił, ale akurat wtedy miałem już zaplanowany wyjazd w góry. Oczywiście tłumaczyłem to sobie, że mieliśmy mała klasa (jakieś 15 osób) I że tak naprawdę zaproszenie 80% osób może tutaj wynikać nie z wykluaczenia, a raczej z tego że te 12 osób to małe grono. Ale I tak bolało dość długo, aż do sierpnia 2019, kiedy tym razem już zostałem zaproszony na spotkanie klasowe po wielu, wielu latach. Jednego kolegę, z którym nie gadałem od 9 lat (On akurat był w tej części, która odeszła po podstawówce), wciagnalem do swojej grupy piłkarskiej - nie ukrywam, ze super organizowane mecze były jednym z najbardziej udanych elementów tegorocznego lata. I było ich naprawdę dużo, w gruncie rzecz6 każdy wieczór wyglądał tak, że albo burzowe łowy (przynajmniej z okna), albo meczyk ⚽️ oczywiście wyolbrzmiam, ale średnio po 2 razy tygodniu w lipcu i sierpniu graliśmy - nasza ekipa vs taka ekipa, która obecnie chodzi do liceum.

Współczuję Ci też tych burz z sierpnia 2015, że tak minęły, a ten 18-19.07 jeszcze bardziej boli, bo wiadomo jak pięknie było wtedy w centrum PL.

PiotrNS - 25 Listopad 2020, 21:45

Ja miałem trochę podobnie w II liceum, kiedy jedna z koleżanek, którą lubiłem, często jej w jakiś sposób pomagałem (choć taki już byłem, nieraz dawałem się wykorzystywać) i zdarzało nam się fajnie pogadać, nie zaprosiła mnie na swoją 18-tkę, choć przyszło wiele osób, około połowa klasy. Nie tęskniłem może zbytnio do tych imprez, zwłaszcza że ta dziewczyna należała do klasowej "elity" i ta 18-tka to była raczej balanga nie w moim stylu, jednak nie zaprzeczę temu, że trochę przykro mi było. Spotkanie klasowe po maturze było jeszcze w marcu 2019, ale nie poszedłem, bo był to trochę średni czas dla mnie, w dodatku słabo się czułem, a miałem masę nauki na uczelni. W tym roku przez wiadomą sytuację nie było żadnych propozycji, ale myślę że jeszcze się spotkamy, byliśmy całkiem fajną klasą.
Taka drużyna piłkarska to super sprawa, niewiele rzeczy integruje tak dobrze jak wspólne uprawianie sportu :)

Burze w 2015 roku niestety bardzo zawiodły. Te trzy sezony 2013-2015-2019 to porażka i nawet trudno wybrać najgorszy, ale raczej nie będzie to 2013 rok, kiedy maj i czerwiec dopisały. W dwóch pozostałych latach ogólne bezburzowie poszło w parze z suszą...

PS. Nie wspomniałem w swojej opowieści jak przechodziłem bez żadnego kontaktu z wodą przez Kamienicę, choć bliżej źródeł, w Łabowej. W 2019 mogło być tam podobnie kiepsko, ale wtedy mnie tam nie było.

kmroz - 25 Listopad 2020, 21:51

PiotrNS napisał/a:
PS. Nie wspomniałem w swojej opowieści jak przechodziłem bez żadnego kontaktu z wodą przez Kamienicę, choć bliżej źródeł, w Łabowej.


Własnie faktycznie czytałem w miarę dokładnie, a tego wątku było mało lub prawie w ogóle.


Co do osiemnastek to na większości byłem, ale tę najfajniejszą moim zdaniem niestety przegapiłem - bo niestety ziomek wpadł na "genialny" pomysł, by zorganizować ją w Boże Ciało i jak dostałem zaproszenie to już bilety na Las Palmas były kupione... O tym wyjeździe może coś tam napiszę, byłem tam 4-11.06.2015 i ogólnie moja podstawowa obserwacja była taka, że to swego rodzaju "kraina wiecznego stratusa". Poważnie, słońca to ja tam prawie nie widziałem - jedynie jak się weszło w wysokie góry (ponad 2000 mnpm) to się udawało pokonać stratusa. Niestety zamiast pięknych widoków Oceanu było widać jedynie biały ocean szmatusów....

Szkoda, że moich 3 najbliższych ziomków z liceum (z którymi mam nadal bliski kontakt, nawet już parę razy byli na parapetówce w moim nowym mieszkaniu (właściwie pokoju xd)) nie robiło osiemnastki. Ale cóż, odwdzięczyli się i to nieraz, po zakończeniu liceum :)

PiotrNS - 25 Listopad 2020, 22:20

Nigdy bym nie przypuszczał, Las Palmas kojarzyło mi się z nieustającym Słońcem. To teraz już wiem, że nie takie Kanary wspaniałe jak je malują ;)
Najlepsza 18-tka na jakiej ja byłem, to urodziny mojej dobrej przyjaciółki, które przypadały 13 maja 2017, tuż przed moimi, w deszczową sobotnią noc tuż przed rozpoczęciem nieco wydłużonej wspaniałej II połowy maja, jaka wtedy się przydarzyła. Spotkaliśmy się w bardzo fajnym gronie z różnych kręgów (i ze szkoły i z podwórka i z rodziny) w takiej niedużej kawiarence, gdzie można było zorganizować podobną imprezę. Oprócz sali którą zajęliśmy, była jeszcze mała sala koncertowa i wewnętrzny dziedziniec, gdzie odbywał się kameralny koncert amatorskiego zespołu grającego rocka i zebrało się trochę widzów i imprezowiczów. Po jakimś czasie nasze grupy tak fajnie się zintegrowały, że imprezy właściwie połączyły się w jedną, poznawaliśmy się, polubliśmy i świetnie bawiliśmy. Koncert trwał do 22:00, po czym już przy swoich rytmach pociągnęliśmy zabawę dalej, my i oni razem z nami. Podobno drugiej tak fajnej imprezy ten lokal nie widział, a to jak potrafiliśmy się tam z sobą połączyć i polubić, to najlepszy dowód na to, że muzyka i radosne chwile łączą :)



Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group