Ta strona używa plików cookie w celu usprawnienia i ułatwienia dostępu do serwisu oraz prowadzenia danych statystycznych. Dalsze korzystanie z tej witryny oznacza akceptację tego stanu rzeczy.
Polityka Cookies    Dowiedz się więcej    Cyberbezpieczeństwo OK
Forum wielotematyczne LUKEDIRT Strona Główna
 Strona Główna  FAQ  Szukaj  Użytkownicy  Grupy  Statystyki  Rejestracja  Zaloguj  Album

Poprzedni temat :: Następny temat
Sezony burzowe naszego życia
Autor Wiadomość
kmroz 
Junior Admin
skrajny zimnozjeb



Hobby: Wszystko!
Pomógł: 176 razy
Wiek: 28
Dołączył: 02 Sie 2018
Posty: 38257
Miejsce zamieszkania: Michałowice/Wwa-Włochy
Wysłany: 12 Październik 2020, 13:57   Sezony burzowe naszego życia

Ja opiszę tylko te 2004-20, bo poprzednich to nie kojarzę zbytnio

2004:

Wiosna raczej bez szału, ale coś się trafiło, to nie 2020 rok xd Czerwiec trochę burz miał z tego co kojarzę, ale raczej słabych, czego dowodzą sumy opadów. Z burzami postarał się dopiero lipiec, osobiście pamiętam z niego 2 nawałnice ( 1 i 9.07), a kolejne dwie jeszcze większe były jak wyjechałem nad morze (19 i 21.07). Ta z 19.07 z tego co patrzę po porywach wiatru i zasięgu, była spokojnie MCS-em. Oprócz tego było jeszcze parę pierdnięć w lipcu. Sierpień coś tam miał, ale już bez szału.

Ocena sezonu: 6/10 (bez lipca byłoby nawet 4/10)

2005:

Wiosna mimo suszy nie była taka zła, w kwietniu się trafiło kilka burzałek, na majówkę też coś było, dopiero ta pustynna druga połowa maja odpuściła. Czerwiec niestety bez szału, tylko w połowie trochę było. Lipuś do połowy dramat, potem coś się ruszyło i wreszcie w końcówce mieliśmy piękną falę nawałnic ze szczytem 29.07. Sierpień raczej lipca, nic większego nie kojarzę. Wrzesień coś tam przynosił, ale opadowo to ciulnia, a nie burze...

Ocena sezonu: 5/10

2006:

Kwiecień i maj były jednymi z najbardziej burzowych, jakie kojarzę, chociaz najbardziej w pamięć zapadł tydzień 14-20.05, kiedy to było pięć burzałek w 7 dni. Szkoda, że bez szału z opadami. Czerwiec coś tam miał, ale słabo. O lipcu to nawet nie chce mi się gadać, za to sierpień... muszę przyznać, że mu się udało, podratował ten sezon. Po pustynnym wrześniu, jeszcze miła niespodzianka czekała nas w październiku - wprawdzie już formalnie po zakończeniu sezonu, ale to 1.10, to prawie się liczy. Tego dnia pamiętam naprawdę porządną, bogatą w opad burze.

Ocena sezonu: 6/10 (szkoda zmarnowania 2 najlepszych burzowo miesięcy)

2007:

Kwiecień każdy zna :nie: Co do maja jednak, to od początku się starał, naprawdę był to całkiem burzowy maj, poza pustynnym okresem 19-24.05 to burzałka trafiała się średnio co 2-3 dni a czasem częściej. Czerwiec też super, chociaż sporo to były lokalne burze pulsacyjne, które tylko było widać, a opad dały na bardzo małym obszarze. Lipiec już gorzej, nie pamiętam za bardzo bo mnie nie było w domu, ale z tego co widzę to się trafiało. No i w końcu kochany sierpień, on tu to już się naprawdę postarał jak mógł. Słynne "chmurne jak burza pod koniec lata". Kilka naprawdę ładnych nawałnic. Wrzesień też jeszcze przyniósł dwie fajne niespodzianki z 18.09 i 28.09.

Ocena sezonu: 8/10 (dałbym wyżej, ale mam za mało danych radarowych, by aż tak ten sezon wychwalać)

2008:

Kwiecień coś tam przynosił, chyba 12.04 było, no i oczywiście 30.04. Maj niestety słabo z burzami, wręcz poza majówką to po prostu ich nie było. Czerwuś już trochę lepiej, miał kilka burz, nawet jedna była widoczna 8.06, przyniosła 50mm opadu w mojej okolicy, ale u mnie ani kropelki. W drugiej połowie czerwca było kilka już burz, ale słabe w opad niestety. Lipiec się na pewno bardzo postarał, nawet w tym okresie "PRL-u" przynosił kilka. Ale oczywiście klucz sezonu miał dopiero nadejść... sierpień to szalony burzowo miesiąc, właściwie o nudzie bezburzowej nie było mowy w żadnym okresie, ale największe szaleństwo to oczywiście 15-16.08.2008, u mnie rzecz jasna nie było żadnych tornad, ale pięknie zlało i błyskało. Jeszcze pierwsza dekada września przyniosła kilka zafalowań i dopełniła ten całkiem niezły sezon


Ocena sezonu: 7/10 (maj zmarnowany jak cholera, czerwiec też nie poszalał)

2009:

Nawet ten obrzydliwy kwiecień coś tam przyniósł w dniu 18.04. Maj od poczatku się starał, najpierw koło 10.05 były to słabe opadowo burze, ale lepszy rydz niż nic, dopiero od połowy maja zaczęło się burzowe szaleństwo. No i potem lato, w którym w zasadzie nie istniało coś takiego jak dłuższy odpoczynek od burz. W sierpniu potrafiło lampić kilka dni, ale zawsze się to kończyło mniejszą lub większą burzałką. Wrzesień również w pierwszej pentadzie jeszcze poszalał, ale na tym rzecz jasna koniec

Ocena sezonu: 8/10 (więcej nie dam, bo za krótki)

2010:

Kwiecień przyniósł u mnie kilka słabych burz, ale szału z opadami nie było, mimo to jeden z bardziej burzowych kwietni. Maj również oprócz pluchy znalazł miejsce dla wielu burzałek. Czerwuś to opisywany jest nawet na stronie PŁB, nie trzeba wiele mówić. Potężne nawałnice 2-3.06, potem 9.06, wielkie gradobicia 12.06, to tylko część zabawy. Potem lipiec trochę zastopował, ale jednak... 6 i 18.07 były. No i sierpień znany z wielu burz pulsacyjnych, ale też czasami większych układów. Wrzesień niestety nie kojarzę, by miał jakieś burze.

Ocena sezonu: 7/10 (zabrakło czegoś naprawdę wyrazistego)

2011:

Sezon ruszył z kopyta w pierwszej dekadzie, przynosząc trzy burze przy fajnym ciepełku. Końcówka kwietnia też przyniosła dwie jako-takie burze. Maj również przy swej dynamice i rollercoasterze poczęstował nas kilkoma ładnymi kąskami. W czerwcu burz nie brakowało, ale szału też nie było, w końcu suchy miesiąc. No i wreszcie szalone wakacje, poza zimnym początkiem lipca nie szczędziły piorunków w żadnym okresie, zarówno lipiec i sierpień poszalały. No i jeszcze jakieś tam piorunki można było zobaczyć na początku września... i na tym koniec!

Ocena sezonu: 8/10

2012:

Kwiecień miał swój Czas Euforii, 20-25.04 naprawdę się postarał. Maj niestety już dużo gorzej, coś tam pogrzmiało w pierwszej dekadzie i na tym koniec, ten rollercoaster nawet nie miał godności.... Czerwiec już wyglądał lepiej i nie szczędził piorunków, ale szału też raczej nie było. Lipiec wszyscy znamy, pierwsza dekada to prawdziwy burzowy tropik, potem też się zdarzały. Co do sierpnia i września, to chyba szału nie było, nie licząc początku sierpnia, ale też było kilka burz. Ogólnie jednak sezon rozczarowanie po kilku super latach

Ocena sezonu: 6/10

2013:

Kwiecień jeszcze zanim stopniały śniegi, to już nas częstował burzowymi zjawiskami. W maju burz również nie brakowało, mimo, że padało głównie przy ochłodzeniach. Czerwiec to już w ogóle pięknie burzowy miesiąc, nawet nie chce mi się tego liczyć. Dopiero lipiec i sierpień trochę lipa - lipiec chyba poza pierdami nie miał nic, sierpień poza jedną, wielką nocną burzą 9/10.08 (właściwie to były dwie osobne burze), to też nic szczególnego nam nie dał. Wrzesień już braków nie nadrobił i tak się skończył taki średniawy sezon

Ocena sezonu: 6/10

2014:

Czasami trzeba pójść w ilość, a nie w jakość, i tak też zrobił rok 2014. Burz nie brakowało w żadnym miesiącu, ale na takie solidne nawałnice rzadko było można liczyć. Kwiecień, zwłaszcza w swej drugiej połowie przyniósł kilka burzałek, ale sporo pulsowało, nie było nic szałowego. Maj to w ogóle pierdział głównie, tylko ten 26.05 konkretny, ale lokalny, żaden to układ. Czerwiec spokojniejszy, szczerze to poza jakimiś adwkecyjnymi pierdami to wiele z niego nie kojarzę. Lipiec to jedna wielka pulsacja. Sierpień się już trochę postarał, 4.08 i 13.08 były konkretne układy, reszta to lipka. Wrzesień coś tam jeszcze popierdział, ale słabo.

Ocena sezonu: 7/10

2015:

No i tu się role odwracają, tym razem pójdziemy w jakość, a nie w ilość. Sezon lipny pod względem ilości, to wręcz mało powiedziane. Ale jak coś było, to serio było. Dużo układów, bardzo mało pulsacji. Świetna dynamika z zachodu przy burzach. Sezon na dobre zaczął się piękną dynamiczną burzą 27.03. W kwietniu coś tam było, ale najbardziej oczywiście godny zapamiętania jest 28.04. W maju trochę pogrzmiało, aczkolwiek tutaj jakiegoś szału nie było, najbardziej pamiętna 2 dekada. Czerwiec to już lipa burzowa, ale z małym wyjątkiem - weekendem 12-14.06, kiedy nocami przechodziły spore układy burzowe z zachodu na wschód. Poza tym nic specjalnego, chyba 26.06 i 2.06 pierdnęło i to tyle. No i wreszcie lipiec - miesiąc znany z szybkich i dynamicznych, groźnych burz. 6.07, 8.07, 19.07, 25.07 to czołowe przykłady, ale coś więcej też się trafiło. No i wreszcie sierpień - jedna wielka smuta, ale i tu się znalazło miejsce dla dwóch fajnych burz 16 i 25.08. Wrzesień tyż nie próżnował - w czasie tej fali gorąca w połowie miesiąca przeszły dwie fajne nocne burze.

Ocena sezonu: 6/10 (brak regularności i niewielka ilość jednak bolały)

2016:

No i znowu wracamy do ilości, nie jakości. Kwiecień to w ogóle słabo, chyba tylko 16 i 28.04 coś pierdnęło. No ale dobra, to jednak kwiecień - tutaj szał to rzadko jest. Maj to pełno pierdowatych zabaw, ale nic wielkiego z tego nie wynikało. Czerwiec miał już bardziej frontowe zabawy, ale wciąż słabe. Do czasu... Bo jednak ten 26.06 to było coś i dodaje uroku temu średniemu sezonowi. Lipiec pierwsze dwie dekady za wiele nie było, w trzeciej już było lepiej, ale sama pulsacja. Sierpień tym bardziej nie poszalał, ale plus, że jak coś było, to układowo. Wrzesień się postarał na początku, ładna burza 4.09 i na tym niestety koniec

Ocena sezonu: 6/10

2017:

Ciężko mi powiedzieć, kiedy zaczął się ten sezon, bo te kwietniowe burzowy miały charakter zimowy. Dopiero ten 25.04 to inna bajka. W maju dopiero coś ruszyło, np 6.05 się udał. Potem już niestety szału nie było, chyba tylko 24 i 26.05 u mnie coś było, a reszta tych fajnych układów do mnie nie docierała. A co dalej? Znowu sezon, tak jak 2015, jakości, nie ilości. Burze były rzadko, ale miały fajną kinemę i jak docierały, to docierały na dobre. 4.06, 6.06, 10.06, 12.06, 20.06 to dopiero początek. Prawdziwa zabawa to #sumakkiller 28-29.06. Ależ wtedy szalały układy, jak patrzę na radary to widać potęgę. Z początkiem lipca znowu wyluzuwało, jakieś tam pierdy bywały, ale tylko 7 i 10.07 coś konkretniejszego. Burze powróciły w drugiej połowie i nawet bywały ładne, np ta z 23.07. Ale sezon miał jeszcze przed sobą wiele... prawdziwa zabawa to sierpień, głównie pierwsza połowa. 1-5.08 to tylko prequel, prawdziwe szaleńśtwo to dopiero dni 10-12.08... U mnie ta największa nawałnica poszła bokiem, ale 10.08 rano już zupełnie co innego. No i jeszcze pod koniec sierpnia trochę się pobawiliśmy, np 27.08. Wrzesień jeszcze chyba 11.09 i na tym koniec zabawy - październik miał burze, ale typowo zimowe, pozasezonowe.

Ocena sezonu: 7/10

2018:

Ten sezon to typowy przykłąd obiecującego niewypału. Kwiecień i maj siłą rzeczy się postarały, ale niestety te 6 kwietniowych burzy nie zapewniło realnym opadów. 10, 13, 23, 25, 29, 30.04. No nie powiem, fajnie było, ale nie popadało z tego. Pierwsza dekada maja to rozbijanie się o tarczę - coś tam szło 1, 3, 9 oraz 11.05, ale nie umiało dojść, dopiero druga połowa maja ruszyła z kopytka. 22.05, 25.05 i 26.05 pięknie grzmiało i lało, zwłaszcza gradobicie z 25.05 zapadło w pamięć. Jeszcze nocka 1/2.06, lokalne mijanko 3.06 i niestety dalej w czerwcu już szału nie było. A lipiec to już typowa ilość, bo jakości w tym żadnej. Lokalne pulsacje i to wszystko. Sierpień to już ani ilością, ani jakością się pochwalić nie może - burze frontowe przechodziły, ale ni to ładne, ni szerokie, ni obfite w deszcz. Podlało pięknie, ale ze spokojnej pluchy 11.08. Wrzesień jeszcze walczył, 4.09, 8.09 i 13.09, dopiero ta ostatnia przyniosła realny opad. Moim zdaniem sezon burz częstych, ale nic z nich wielkiego nie wynikło.

Ocena sezonu: 6/10

2019:

No i wreszcie przyszedł sezon, któremu mogę dać ocenę niższą niż 6/10 :jupi: Kwiecień to wielka, sucha lipa, tylko 29.04 bokiem przeszło. Mała pobudka była w okresie 17-28.05 i... koniec xd potem już tylko 8.06 drobna Sc, 13/14.06, jakieś pierdy pulsacyjne 19-21.06, lipny front 1.07 i potem końcówka lipca ładna, ale też tylko pulsacje. Sierpień lipka, wbudowane pierdy w wieloskale 7 i 21.08, oraz parę nocnych pulsacji w Szóstej Pentadzie. Wrzesień niestety też bokiem, jedynie adwekcyjne pierdy, ale tego nie liczę do sezonu.

Ocena: 4/10 (a bez maja byłoby nawet słabiej xd)

2020:

Kwiecień i maj nie dawały złudzeń - burze to przeszłość. Gdy już nadzieje umarły, przyszło jednak to... Wielki Czerwuś. Ten miesiąc już sam w sobie był poezją. 7.06, 10.06, 17-22.06, 25-26.06, 29.06 i jeszcze bokiem 8 i 11.06. Ten miesiąc pokazał, że burze idące z E/SE też mogą się łączyć w groźne ukłądy i zrobił coś niesamowitego - połączył ilość z jakością. Rzadkie to, przynjamniej od 2013 roku. Dotyczchczas od 2012 roku parzyste sezony to ilość, nieparzyste to jakość, a 2019 to lipa xd jak widać jednak 2020 wziął jakość z 2019 i zarazem ilość, jaka się należała parzystemu sezonowi. Burze na czerwcu, który już sam w sobie by dał z 5 punktów do sezonu, się wcale nie skończyły. Pierwsza połowa lipca to nadal 4 fajne burze, a dwie wręcz wybitne 1/2.07 i 10.07. Ale druga połowa też jeszcze nie umarła, szału nie było już, ale jakieś fronty i pulsacje dawały widoki i opady. Potem nastąpił okres smuty w pierwszych 2 dekadach sierpnia i do gry wróciliśmy 22.08. Potem jeszcze 26.08, 29.08, 30.08 razy dwa, z czego tej drugiej nigdy nie zapomnę. No i przyszedł wrzesień, który w dniu 5.09 dał jeszcze popis, po czym poszedł na emeryture opadowo-burzową. Gdy przyszły pluchy w końcówce, już można było myśleć że to definitywnie koniec, ale jednak. Sezon się definitywnie przedłużył i jeszcze w październiku mogłem się cieszyć z 4 burz! 4.10, 5.10, 5/6.10 I 10.10. I wprawdziwe tylko 4.10 i 5/6.10 naprawdę mnie trafiło, to jednak dwie pozostałe dały widoki. Niezapomniane widoki....

Ocena sezonu: 7/10 (dwa stracone miesiące, lipny miesiąc ruchomy w ciągu wakacji jednak muszą punkty zabrać. A szkoda...)
_________________
24.03.2006-24.03.2026. 20 lat pogodowej pasji w jej różnych odmianach. Pora na kolejne :!:
 
     
LukeDiRT 
Administrator
Łukasz



Hobby: Większość z wymienionych
Pomógł: 152 razy
Wiek: 35
Dołączył: 02 Sie 2018
Posty: 13485
Miejsce zamieszkania: Gliwice
Wysłany: 13 Październik 2020, 12:22   

Bardzo burzowymi miesiącami były m. in. sierpień 2008 oraz lipiec 2009. Trąby powietrzne i wały szkwałowe dały wtedy popalić :!:
 
     
PiotrNS 
Poziom najwyższy
Miłośnik bałwanków



Hobby: Większość z wymienionych
Pomógł: 161 razy
Wiek: 26
Dołączył: 01 Maj 2019
Posty: 13249
Miejsce zamieszkania: Nowy Sącz/Kraków
Wysłany: 13 Październik 2020, 16:55   

Zacznę od mojego pierwszego sezonu burzowego, w którym zmierzyłem się z pasją, która - jak się okazało - trwa i nadal się we mnie rozwija :)
Rok 2009, którego sezon burzowy jest pierwszym wyraźnie przeze mnie pamiętanym, to przykład tego, że żadne zmiany we mnie nie są zmianami "zerojedynkowymi" - od strachu do euforii czy na odwrót. W tym roku rosnąca ciekawość i rodząca się pasja, krzyżowały się jeszcze z dziecięcym lękiem przed burzami i różnorodnymi obawami, które potrafiły jeszcze wracać, jakby izolować mnie od piękna natury. Właśnie o tym pięknie natury będzie poniżej :)

Kwiecień 2009 roku nie kojarzy się z burzami, jednak mimo jego natury dane mi było rozpocząć w nim sezon dosyć wcześnie. Już 7 kwietnia wieczorem poważnie się zachmurzyło i na zachodzie było widać ciemną chmurę. Wieczorne i nocne burze były dla mnie wtedy jeszcze koszmarem, toteż nie interesowałem się zbytnio sytuacją za oknem, jednak następnego dnia w szkole dowiedziałem się o tym, że widziane były odległe błyskawice, bez grzmotów.
Prawdziwe rozpoczęcie sezonu nastąpiło 9 kwietnia, w Wielki Czwartek. Tego dnia około godziny 15:00 niebo na południowym-zachodzie bardzo pociemniało, po czym nadeszły błyskawice i grzmoty przy delikatnym opadzie. Burza była piękna, spektakularna i trwała naprawdę długo. Fakt, że była prawie suchą burzą, nie jest w kontekście miesiąca w którym wystąpiła niczym dobrym, jednak niewątpliwie fakt ów pomógł w obserwacji błyskawic, wielu wyładowań doziemnych, które najpierw podziwiałem przez okno wychodzące na południe, zaś później przez okno wychodzące na przeciwną stronę. Do dziś pamiętam kształty kilku błyskawic, jakie wówczas się pojawiły na tle ciemnoszarego nieba, pięknie się wyróżniały. Akurat w tym czasie moja Babcia, która wtedy mieszkała jeszcze niedaleko nas, wracała do siebie pieszo po tym jak na chwilę do nas wpadła. Odprowadzałem ją wzrokiem i z niepokojem zerkałem w niebo, by pioruny nie uderzały zbyt blisko :) Burza już się jednak oddalała i mniej więcej po godzinie na niebo wróciło Słońce. I wtedy dokonałem kolejnej ciekawej obserwacji. Burza zmieniła swój kierunek lekko na wschód, a w konsekwencji zaczęła zataczać łuk ponad dębowym laskiem, w którym oczywiście liści jeszcze nie było. Słoneczne światło sprawiło, że chmura pociemniała, przybierając jeszcze inną barwę - ciemnofioletową. Na jej tle raz po raz widziałem wyładowania - wtedy głównie międzychmurowe. Chociaż burza odeszła, to odległe odblaski widziałem jeszcze po zmroku. Spadło 0,2 mm deszczu - i tyle musiało mi wystarczyć na cały ten miesiąc :lol:
Na szczęście przyszedł maj, którego pierwszym burzowym akcentem były zjawiska z popołudnia 10 maja, w tę niedzielę przed wyjazdem nad jezioro. Nie widziałem dobrze błyskawic, bo najpierw chmura ukryła się na północnym-wschodzie, za górką i sosnami, zaś później była już na tyle daleko, że wiele nie dało się zobaczyć. To była niedziela. Po powrocie pamiętam, że obejrzałem jakieś zdjęcia które wtedy zrobiliśmy (niestety nie ma na nich nic ciekawego z punktu widzenia meteorologii :lol: ), spakowałem się do szkoły, a potem już tylko kolacja, "Ranczo" i spać. I nadszedł wielki dzień. Mogę zapomnieć co robiłem tydzień temu, wiecznie mylić pojęcia "najemcy" i "wynajmującego", nie pamiętać na której stronie forum znajduje się wątek, którego szukam, a który niegdyś pękał w szwach... ale szczegółów 11 maja 2009 roku nie zapomnę chyba do końca życia. Nawet smaku mielonych, które miałem wtedy na obiad :lol: Szczegóły osobliwości Królowej Burz, która wtedy mnie nawiedziła i po przeszło dekadzie nadal przoduje wśród burz, jakie widziałem i doceniałem, umieszczone są w temacie "Burze waszego życia". Ten post był kilka razy edytowany, ale nie przejmujcie się tym. Po prostu kilkakrotnie przypominałem sobie jeszcze różne fakty, które uznawałem za warte przypomnienia, po czym wpisywałem je w tę barwną całość :)
Po przejściu tego dnia, kolejną okazję miałem rzekomo 18 maja, ale wybaczcie - dziura w pamięci. Pamiętam za to słabą burzę z deszczem po południu 19 maja. To był dla mnie ważny dzień - nie tylko z powodu 10-tych urodzin, lecz także za sprawą pierwszego w życiu dłuższego wyjazdu bez rodziców, na zieloną szkołę. Wyjechaliśmy wieczorem, kiedy niebo już się rozpogadzało. W autokarze jadącym do Jarosławca oczywiście nie zmrużyłem oka (prawie w ogóle nie mogę spać w podróży, choć próbuję) i pamiętam, że późną nocą jadąc gdzieś przez łódzkie, podziwiałem pięknie rozgwieżdżone niebo. Jako, że interesowałem (i interesuję się geografią), przeważnie trafnie określałem nasze położenie na podstawie znaków drogowych i informowałem kolegów o tym, gdzie aktualnie jesteśmy :) Tylko w drodze powrotnej pomyliłem Toruń z Bydgoszczą, a jako że nie znałem jeszcze samochodowych rejestracji, z błędu wyprowadziła mnie dopiero pani ;) Podczas słonecznego pobytu nad Bałtykiem zdarzyła się jedna słaba burza wieczorem 23 maja, kiedy oglądaliśmy finał "Jak oni śpiewają" :D W międzyczasie nad Polską kotłowało się jednak intensywnie. 21 maja 2009 gwałtowne burze przeszły nad Ziemią Lubuską. Z archiwum ostrzeżeń, jakie funkcjonowało wtedy na stronie Skywarn Polska, wiem że tego dnia wydano to najstraszniejsze ostrzeżenie - trzeciego stopnia przed trąbą powietrzną dla Zielonej Góry. Powodem tej decyzji okazało się (na szczęście niesłuszne) podejrzenie wystąpienia trąby powietrznej, którą rzekomo widziano na kamerach z zielonogórskiego aeroklubu. Chmura szelfowa była wtedy przepiękna, jednak pozostając wtedy na drugim końcu Polski, nie miałem tego jak sprawdzać. Do Sącza powróciliśmy rankiem 27 maja, już przy pochmurnej pogodzie, choć wyjeżdżając z Jarosławca wieczorem dnia poprzedniego, świeciło piękne Słońce. A powinno być na odwrót, przecież to Nouvel Songe, ogólnopolska gwiazda jesieni 2019... Kiedy wróciłem, jeden z najbardziej burzowych czerwców w historii był wtedy już na wyciągnięcie ręki...
Choć sam początek czerwca 2009 kojarzy mi się bardziej z katastrofą Air France niż dynamiczną pogodą, pamiętam że już 6 czerwca z tych ołowianych chmur trochę grzmiało. Patrząc na godziny, w jakich doszło do zjawiska, dochodzę do wniosku, że burzę przespałem, pamiętam tylko jakieś pojedyncze grzmoty z wieczora, kiedy było jeszcze jasno. Łowcy (nie wiem dlaczego) wydali wtedy dla mnie ostrzeżenie pierwszego stopnia przed trąbą powietrzną. Jednak to cztery dni później niektórzy musieli się bać...
10 czerwca 2009 był najcieplejszym dniem miesiąca pod względem temperatury maksymalnej. Zmierzono wtedy 28,1 stopnia, co w połączeniu z dużą parnością, po wielu chłodnych dniach dało się odczuć jak upał. Właśnie wtedy przez Małopolskę przetoczyła się druga w tym roku silna nawałnica ze spektakularną chmurą szelfową.
http://www.youtube.com/watch?v=n4ikQqgKYXc
Mieszkańcy Krakowa po dokładnie 30 dniach mogli znowu przyjrzeć się potędze chmury szelfowej. Łowcy Burz, pewnie nauczeni doświadczeniem sprzed miesiąca, nie byli powściągliwi i wydali rzadko pojawiające się na ich starej, nieodżałowanej przeze mnie mapie, ostrzeżenie trzeciego stopnia przed gwałtownymi burzami. Nawałnica poszła niemal idealnie po linii dzisiejszej autostrady A4, nad Bochnią i Brzeskiem w kierunku Tarnowa. W tym samym czasie u mnie tylko rozkwitały kalafiory i dosłownie raz usłyszałem daleki grzmot z niewielkiego pociemnienia na północy, za drzewami. Mieszkańcy Tarnowa śledzący stronę Skywarn Polska, w tym samym czasie przeżyli chwile grozy, bo oto obok ciemnoamarantowo-granatowego koloru ostrzeżenia przed nawałnicą, Tarnów okrył się ciemnokrwistą barwą ostrzeżenia trzeciego stopnia przed trąbą powietrzną. W jego treści napisano o trąbie powietrznej dostrzeżonej w pobliżu miasta i leju, który prawdopodobnie dotyka już ziemi. Takie ostrzeżeniowe combo zdarzyło się chyba tylko ten jeden raz i tylko w tym jednym mieście - może w sierpniu 2008 dwa ostrzeżenia trzeciego stopnia też zostały na siebie nałożone, ale wtedy jeszcze nie znałem tej strony, a łowców burz znałem tylko z filmu "Twister", którego emisję przypadkowo zaplanowano na 16 sierpnia 2008 :lol: To już drugi przypadek, gdy najbardziej ostateczne ostrzeżenie wydano na podstawie domysłów i niepewnych obserwacji, podczas gdy naprawdę nic złego się nie stało.
Cieszyłem się, że to nie ja zostałem postawiony w tak niekomfortowej sytuacji jak Tarnów. U mnie burza zdarzyła się 11 czerwca, jednak nie była gwałtowna. Pamiętam, że ukazała się po niej ładna tęcza - symbol przymierza i pokoju, który w pogodzie zapanował na niemal dwa tygodnie, gdy burz nie notowano. Wakacje zaczęły się wcześnie, już 19 czerwca i - chyba dla pozorów - rozpoczęły się silnymi opadami deszczu przy niskich temperaturach. W weekend na Wirtualnej Polsce pisali, że lato będzie kiepskie i zawiedziemy się pogodą, co bardzo mnie zmartwiło, bowiem miałem w pamięci poprzednie wakacje, które wydawały mi się (jak zresztą nadal) bardzo udane. Rzęsiste ulewy i chmury odeszły jednak wraz z początkiem nowego tygodnia. Wtedy zaczęła się jazda bez trzymanki, bowiem ostatnia oktawa czerwca 2009, to jest coś co chciałbym jeszcze kiedyś przeżyć. Gdybym miał do wymiaru lampkę przy komfortowych temperaturach albo taką jazdę jak wtedy, wybrałbym to drugie :) Spójrzcie na te dane i podziwiajcie. Od 23 czerwca do 2 lipca 2009 roku burze przechodziły codziennie, niosąc często potężne ulewy. Dwie z nich - 26 i 27 czerwca - przyniosły razem 99,8 mm opadu. I wybaczcie, ale kiedy taki scenariusz powtarzał się codziennie, łatwo zapomnieć kiedy dokładnie działy się konkretne akcje. Mnóstwo tych burz przetaczało się w porze obiadowej i około godziny po obiedzie, kiedy zbierałem się do wyjazdu z Tatą na basen. Właśnie z tym wiąże się jedno ze wspomnień, bowiem któregoś razu pod koniec czerwca (niemal na pewno 26 czerwca) właśnie podczas jazdy na pływalnię zdarzyła się nieziemska ulewa, oberwanie chmury takie, że jakby ściana wody runęła na świat. Studzienki nie nadążały z gromadzeniem wody, a kiedy staliśmy na czerwonym świetle, widziałem jak jezdnia zaczyna już pływać. W radiu leciała piosenka "I know you want me" Pitbulla, kojarzy mi się bardzo z tą pogodą :D Całe oberwanie chmury trwało tylko moment i po kilku minutach nawet trochę się przejaśniło, ale rozmiar zjawiska i tak był trudny do przecenienia. Pamiętam także nocną burzę z 27 na 28 czerwca. Przechodziła dosyć długo, między 2 a 4 w nocy. Bałem się ją podziwiać i nocą czułem jednak lęk do zjawiska, jednak pamiętam duże oberwanie chmury przy niespecjalnej aktywności elektrycznej. Praktycznie wszystkie burze w tym okresie stawiały opady ponad błyskawicami, toteż pewnym urozmaiceniem okazała się imieninowa burza z 29 czerwca, kiedy powiał silniejszy wiatr. Przełom czerwca i lipca był czasem, kiedy zacząłem chętnie wchodzić na YT, gdzie posiłkując się także forum Łowców Burz, zdobywałem wiedzę o najsilniejszych i najbardziej spektakularnych burzach, jakie w naszym kraju się dzieją. Widząc mnóstwo filmików z Warszawy i Łodzi, w tym nagranie nieziemskiej chmury szelfowej nad Łodzią 2 lipca 2007 roku, pomyślałem że to tam grzmi najczęściej i najmocniej - i cieszyłem się, że tam nie mieszkam. Lęk i obawy przed grozą niektórych rodzajów chmur, jeszcze we mnie żyły. Kiedyś napisałem post z filmikami, które odkryłem wtedy jako pierwsze - możliwe że było to w dziale poświęconym sierpniowi 2007, bowiem burza, jaka w tym miesiącu pod nieobecność Kmroza przetoczyła się nad Warszawą, zafascynowała burzową stronę Internetu w wysokim stopniu.
Lipiec 2009 od początku we wspaniałych proporcjach łączył ze sobą wysokie usłonecznienie, opady i burze. Z pewnością niejedna ciekawostka ominęła mnie, kiedy w dniach 6-12 lipca przebywałem w górach, w Zakopanem. Tam usłyszałem, jak brzmi górski grzmot, jednak - szczęśliwie - nie przeszkadzały mi one w wędrówkach po górach i poznawaniu miasta. Tuż po moim powrocie rozpoczęła się najsilniejsza w tym - swoją drogą mało upalnym - roku fala gorąca. 15 lipca wartość średniej temperatury dobowej osiągnęła nieznoszone przeze mnie 25 stopni. Nie pamiętam zbytnio co wtedy robiłem, prawdopodobnie raczyłem się lodami koktajlowymi od Korala, które pochłaniałem wtedy masowo :D Wieczorem na czystym niebie oprócz standardowych kolorów zmierzchu, zauważyłem na zachodzie drobne chmurki przypominające mi jednak te właściwe tworzącym się burzom. Nie chciałem, by w nocy znowu się bać i podniosłem w domu alarm, że na pewno nocą będzie burza xD Rodzice mieli już chyba dość moich obaw i prognoz, w których niemal zawsze zakładałem, że burza będzie, więc po szybkim rozpoznaniu odpowiedzieli, że to normalne chmurki na pogodę i nic z tego nie będzie. To się zdziwili, kiedy rano obudził nas huk pioruna, który strzelił niedaleko nas ;) Mój meteorologiczny autorytet poszybował tego dnia w górę, chociaż średnio mnie to cieszyło, gdyż burza w nocy (wtedy było jeszcze ciemno) była dla mnie równie przyjemną rzeczą, co teraz tropikalna noc albo kwietniowa, przymrozkowa pustynia. To nie był spokojny czas, a apogeum wzmożonej aktywności burz nad Polską dopiero miało nastąpić. Już 17 lipca w "Wydarzeniach" pokazywali jakieś zalane miasto na zachodzie Polski i ostrzegali, że następnego dnia ta strefa dosięgnie reszty kraju. Gorączka sobotniej nocy była coraz bardziej prawdopodobna.
W tę sobotę, 18 lipca 2009 roku, od samego rana było gorąco. W południe zrobiło się wręcz skwarnie, temperatura przekroczyła 32 stopnia, a drobne cumulusiki widoczne na niebie rano, zanikły. Nie chciało się nic robić, a jednak ten dzień jest przeze mnie świetnie zapamiętany. Gorączka sobotniej nocy była bowiem pierwszą burzą, jaką obserwowałem od pierwszej chmurki na horyzoncie, pierwszego kalafiora. Tego dnia stało się to około godziny 17:30. Wielokrotnie zerkając przez okno, widziałem tam tylko błękit złamany takim sennym, pustynnym odcieniem. Kiedy Słońce zaczęło się już przechylać, zobaczyłem nareszcie ledwo zarysowany kontur kremowej, zlewającej się z tłem, chmury. Wtedy już wiedziałem, że nie uniknę spektaklu. Pamiętam, że obserwując tę odległą chmurę, słyszałem Marylę Rodowicz śpiewającą "Ej mała, poszalej" z włączonego telewizora, chyba "Jaka to melodia" :D Tak więc znacie już kolejną piosenkę kojarzącą mi się z sezonem burzowym 2009 roku ;) Kiedy zaczęło robić się chłodniej, wyszedłem na pole i zauważyłem, jak chmura nieuchronnie się zbliża, co wywołało we mnie zarówno niepokój, jak i nadzieję. Dlaczego nadzieję? Ano, liczyłem na to, że burza przejdzie na tyle szybko, że noc będzie już spokojna, nie gorączkowa... Burza zrobiła jednak po swojemu. Po pewnym czasie Słońce zaszło za chmurą i momentalnie zrobiło się przyjemnie. Wkrótce później zaczęło jednak grzmieć. Wyszedłem znowu na pole pobawić się z moją kochaną Sabą :( porzucać jej piłki do aportowania i zaobserwowałem, jak burza zaczyna otaczać mnie coraz węższym łukiem. Ciemniejąca, wzbudzająca coraz większy niepokój, chmura sytuowała się od zachodu w kierunku południowym. Zauważyłem pierwsze błyskawice i wróciłem do domu. Około 19:00 poszedłem się umyć i w tym czasie burza zbliżyła się już złowrogo. Na kilkanaście minut przed 20:00 odważyłem się wyjrzeć przez okno na południe, a tam momentalnie strzelił duży, żółty, doziemny piorun. Usłyszałem komentarz, że chyba jest nieciekawie i poczułem deja vu z 11 maja. Przeszedłem do drugiego pokoju spojrzeć na zachód, i tak jak wtedy, przestraszyłem się. Chmura burzowa tam była wręcz czarna, jakby taki duży, odwrócony stożek ulokował się na tle ciemnogranatowych chmur, które pokryły już niemal całe niebo. Błysnęło się i ciężko zagrzmiało. Burza wyglądała (z mojej ówczesnej perspektywy) bardzo złowrogo, toteż kiedy zobaczyłem, że Tata jest w ogrodzie i pakuje skoszoną trawę do worków, zacząłem go wołać. Już tylko na północnym-wschodzie niebo było jasne. Tamtędy biegnie ulica wiodąca do wyżej położonych osiedli i miejscowości, podejrzewam że widoki stamtąd w kierunku miasta, gdzie zapalały się już latarnie, musiały być bardzo widowiskowe. Na zachodzie była już noc. Ta zbliżała się, zbliżała i kilka minut po 20:00, może o 20:05 zerwał się bardzo silny wiatr. Przestraszyłem się, bo zauważyłem, że na pobliskiej łące wysokie trawy i kłosy chwieją się jakby po okręgu, w kierunku przeciwnym do ruchu wskazówek zegara. Przypomniałem sobie, jak na forum Łowców Burz czytałem o tym, jak rozpoznać trąbę powietrzną będąc pod lejem, jednak na szczęście po chwili wiatr stał się już bardziej miarowy i zagrożenie zdało się minąć. Uderzało dużo piorunów, w tym wiele doziemnych. Tata, który już wrócił, był zły na tę pogodę, bo nasi siatkarze mieli tego wieczora zagrać jakiś ważny mecz, zaś Mama czekała na jakiś koncert, kiedy wszystko trzeba było wyłączyć. Zawsze kiedy w domu było cicho i głucho, bardziej bałem się tych zjawisk, toteż aby "ominąć" tę burzę, położyłem się z zamiarem zaśnięcia, co mi się udało. Słyszałem już tylko jak zerwała się ulewa, ale ona tylko mi pomogła, bo zasypianie przy dźwięku szumiącego deszczu, zawsze dobrze mi wychodzi :) Obudził mnie już spokojny, niegroźny loszek. Na tym moje burzowe wspomnienia dotyczące lipca 2009 się kończą. Wprawdzie burza wystąpiła jeszcze 24 lipca, dzień po potężnym derecho i nawałnicach, które przetoczyły się od Karkonoszy po Warszawę, ale umknęła mojej uwadze. III dekada tego lipca była zarazem najspokojniejsza, prawie tak spokojna jak sierpień, który pozwolił odetchnąć z ulgą od burz. Po gorączce sobotniej nocy miałem już trochę dość tych zjawisk i kiedy 3 sierpnia po południu znowu grzmiało, nie byłem tym ukontentowany. Na szczęście to był już prawie koniec. Pamiętam tylko jak któregoś dnia bawiłem się na polu przed domem z kolegą z sąsiedztwa i rok starszą koleżanką z osiedla obok, moją pierwszą "crush" z dzieciństwa :D i podczas zabawy obserwowałem dość potężnego kalafiora piętrzącego się na południowym-wschodzie (czyli nietypowo, na ogół większość konwekcji dzieje się bliżej mnie). Nic z tego nie wyszło. Przede mną było wiele pięknych, słonecznych dni, aż do czasu kiedy 22 sierpnia spadło 82,2 mm deszczu, rekordowy opad w miesiącu sierpniu. Kojarzę taki dzień, kiedy mocno lało, trochę grzmiało i kałuże rosły jak na time-lapsie, ale słowo daję, nie mam pewności czy to było właśnie to, bo nie pamiętam tego zajścia, mimo że sierpień 2009 jest mi dobrze znany. Przy tej okazji zdarzyła się jakaś burza, więc być może moje wspomnienie jest tutaj trafne, jednak dziwi mnie, że pamiętam to tak słabo. Być może ta ulewa zatarła mi się w pamięci z licznymi ulewami kolejnego roku, a może opad w tak ekstremalnie silnej formie był zjawiskiem mocno lokalnym, który - jak to często bywa - oddzielił "kurortową" stację nad Dunajcem ode mnie. Zdecydowanie moim pierwszym skojarzeniem z tym miesiącem nie jest żadna burza ani deszcz, lecz błogie, spokojne, bezchmurne wieczory w III dekadzie miesiąca, te złociste zachody Słońca.
Ostatni grzmot w 2009 roku usłyszałem 14 września wracając ze szkoły. To była pierwsza przeżyta świadomie burza we wrześniu, choć w odniesieniu do jednego grzmotu z zachmurzonego nieba, słowo "burza" wydaje się pojęciem nieco naciągniętym.

Mimo to, sezon burzowy 2009 roku zapamiętałem jako bardzo obfity. Dobrze, że ta obfitość zaskoczyła mnie właśnie w takim, niemal kluczowym dla rozwoju mojej pasji, roku, dzięki czemu poprzez swoje obserwacje i lekturę wartościowych źródeł, wiele się dowiedziałem. Kiedy nadeszła pamiętna zima, zdarzyło mi się nawet zatęsknić za burzami, pierwszy raz. Tak jakbym wewnątrz siebie przekalkulował wszystkie aspekty tego zjawiska i na podstawie tego ocenił, że warto je polubić :)
Pomimo pustynnej pogody w kwietniu, nawet on podarował mi bardzo ładną burzę. Później był maj z fantastyczną, najpiękniejszą i najstraszniejszą nawałnicą 11 maja, czerwiec i lipiec obfitujący w emocjonujące i jeżące włos na głowie zjawiska, prowadzące przez świat mocnych wrażeń niczym dobry film akcji, a wreszcie sierpień z rekordową ulewą. Trudno będzie zapomnieć ten rok - bo mimo licznych, publikowanych w latach 2008-2009 katastroficznych zapowiedzi niszczących burz i tornad, które wraz ze zmianami klimatycznymi zawładną Polską, nadal perspektywa doświadczenia sezonu burzowego takiego jak w 2009 roku, wywołuje u pasjonatów burz uśmiech na twarzy i iskierki nadziei w oczach :D
_________________
Użytkownicy forum LukeDiRT są jak rodzina :jupi:

Wiem że to widzisz Jacob :mrgreen: Zaloguj się :oops: ;) :(
 
     
kmroz 
Junior Admin
skrajny zimnozjeb



Hobby: Wszystko!
Pomógł: 176 razy
Wiek: 28
Dołączył: 02 Sie 2018
Posty: 38257
Miejsce zamieszkania: Michałowice/Wwa-Włochy
Wysłany: 13 Październik 2020, 23:31   

Sezon burzowy 2009 to faktycznie perła, jakich mało, chociaż ten sierpień to jednak trochę przeceniam - fakt, miał kilka ładnych, obfitych w opad burzałek w moim regionie, ale jednak były też zbyt długie zastoje pomiędzy nimi.

U Ciebie serio od 4 do 21.08 była kapliczka? Jak tak to współczuję. Tak ogólnie sobie uświadamiam, że sierpień 2009 się wcale tak wiele nie różnił od cierpnia 2020 i tylko kwestia, że podczas nudy były przyjemne temperatury, bez gorąca, stawia go nadal na wysokim miejscu.

Swoją drogą jak wspomniałeś o Sabie w czasie burzy, to spróbowałem sobie przypomnieć, jak moje psiaki przeżywały burze. I wiesz co? Nic nie kojarzę, dosłownie. Nie pamiętam żadnych skojarzeń ani z Buką, ani Leą, ani Szprotką (ta była w domu dopiero od 31.03, ale sezon burzowy tegoroczny dał jej niemało wrażeń). W ogóle jakoś nie zwracałem uwagi na to, jak sie zachowują, w każdym razie szczekania nie było chyba.
_________________
24.03.2006-24.03.2026. 20 lat pogodowej pasji w jej różnych odmianach. Pora na kolejne :!:
 
     
PiotrNS 
Poziom najwyższy
Miłośnik bałwanków



Hobby: Większość z wymienionych
Pomógł: 161 razy
Wiek: 26
Dołączył: 01 Maj 2019
Posty: 13249
Miejsce zamieszkania: Nowy Sącz/Kraków
Wysłany: 13 Październik 2020, 23:36   

Temperatury w sierpniu 2009 były jednak zgoła inne, łagodniejsze. Prócz tego, takie uspokojenie pogody było po czerwcu i lipcu wręcz mile widziane, podejrzewam że nawet teraz po takich dwóch miesiącach miałbym ochotę na przerwę od burz, tak jak z innymi rodzajami pogody, kiedy zaczynają zdarzać się już bardzo często.
Saba przeżywała burze spokojnie, czekając tylko kiedy się skończy i będzie mogła znowu buszować w ogrodzie. Tylko 14 sierpnia 2014 się bała, i to tak na serio.
Sezon burzowy 2009 bez kwietnia i września moim zdaniem zasługuje na pochwałę w każdym miesiącu, nawet w sierpniu neutralna ocena moim zdaniem się należy.
_________________
Użytkownicy forum LukeDiRT są jak rodzina :jupi:

Wiem że to widzisz Jacob :mrgreen: Zaloguj się :oops: ;) :(
 
     
kmroz 
Junior Admin
skrajny zimnozjeb



Hobby: Wszystko!
Pomógł: 176 razy
Wiek: 28
Dołączył: 02 Sie 2018
Posty: 38257
Miejsce zamieszkania: Michałowice/Wwa-Włochy
Wysłany: 13 Październik 2020, 23:39   

W moim regionie sierpień 2009 zdecydowanie przegiął z tą lampą, niestety. Te cumulusy wprawdzie zwykle się pojawiały, ale było ich maciupko. No i te amplitudy... Coraz niżej spada w moich oczach ten miesiąc. Jedyne, za co go dalej szanuję, to za cykliczność, no i brak gorąca. Co do burz, to tak pół na pół, było ich sporo, były całkiem ładne i wydajne opadowo, ale to nadal za mało xddd
_________________
24.03.2006-24.03.2026. 20 lat pogodowej pasji w jej różnych odmianach. Pora na kolejne :!:
 
     
PiotrNS 
Poziom najwyższy
Miłośnik bałwanków



Hobby: Większość z wymienionych
Pomógł: 161 razy
Wiek: 26
Dołączył: 01 Maj 2019
Posty: 13249
Miejsce zamieszkania: Nowy Sącz/Kraków
Wysłany: 15 Październik 2020, 21:55   

Odcinek 2 burzowej sagi. Rok 2010.

Tak jak wspomniałem jeszcze w poprzednim odcinku, po - niestety - nasyconym jeszcze trochę burzowym lękiem sezonie 2009 roku, zimą zdarzyło mi się już zatęsknić za burzą. Pamiętam, że w Wigilię 2009, chory na ospę wietrzną oglądałem sobie na YT filmiki z gorączki sobotniej nocy nagrane w różnych miejscach. Kiedy przyszedł marzec i dowiedziałem się o pierwszych pojawiających się nad Polską burzach, zapragnąłem by i u mnie zaczęło się to dziać. Te wysokie temperatury w III dekadzie marca tylko mnie drażniły, bo po wielu miesiącach chłodów nie byłem jeszcze do nich przyzwyczajony. Dopiero na początku kwietnia poczułem fajną, przyjemną wiosnę, jednak zaczynając wiązać z tą porą roku pierwsze burze, brakowało mi ich. Pamiętam jak 9 kwietnia 2010, podczas ciepłego dnia nagle dość mocno się zachmurzyło i zaczęło kropić, za sprawą czego żywiłem nadzieję na powtórkę sprzed roku, co jednak się nie powiodło. Kwiecień 2010, choć tak różny od tego rok wcześniej, był kwietniem bezburzowym. Nie zdarzyło się ani jedno zjawisko połączone z grzmotami i błyskawicami, ale pamiętam jeden raz, kiedy wydawało mi się to bliską perspektywą. Ogólnie ten kwiecień pomimo smutnego charakteru był dla mnie miesiącem dość... rozrywkowym. Głupio mi się robi, kiedy przypominam sobie pamiętną sobotę 10 kwietnia. Pogoda tego dnia była dosyć słoneczna i pod wieczór razem z kolegą i dwiema koleżankami z sąsiedztwa urządziliśmy sobie wyścigi na rowerach dookoła parkingu na osiedlu apartamentowców koło mnie (tam mieszkali). Było tam dużo przestrzeni i okrągły, wybrukowany plac służył nam za tor wyścigowy (jak sobie przypomnę, to cud że nikomu z nas nic się wtedy nie stało), na którym wesoło się bawiliśmy także wtedy. Miałem nowy rower i szło mi całkiem nieźle. W podobnym czasie podobne zabawy zaczęliśmy sobie urządzać na górce około kilometra ode mnie. Trwał remont ulicy i cały jej odcinek, w skład którego wchodzi rzeczone wzniesienie, został wyłączony z ruchu, dzięki czemu wieczorami, które pamiętam jako pogodne i ciepłe, często tam wyjeżdżałem i zjeżdżałem z dużą szybkością. Inną rozrywką stało się skakanie na rowerze na amatorsko zbudowanej skoczni, którą ktoś zrobił w lasku nieopodal rzeki. Mój kolega, a zarazem sąsiad był w tym najlepszy, więc (jako że zaczynała się era smartfonów), nagrywaliśmy swoje skoki w celu doskonalenia swoich umiejętności. 15 kwietnia, wracając do domu, zobaczyłem na północnym-zachodzie bardzo ciemną stalowoszarą chmurę. Przekonany, że zbliża się burza, czym prędzej pospieszyłem do siebie, jednak z groźnie prezentującej się chmury nic na ziemię nie spadło. Następnego dnia dowiedziałem się, że nad Polskę dotarły pyły z islandzkiego wulkanu, którego erupcja nastąpiła kilka dni wcześniej. Tenże wulkan przedłużył zagraniczny pobyt mojej Babci, która z powodu wstrzymania ruchu lotniczego nie mogła wrócić do Polski. Stało się to dopiero 4 maja i dopiero wtedy, na początku tego tragicznego miesiąca, po powrocie z Balic miałem okazję podziwiać pierwszą burzę tego roku. Nie trzeba nawet się domyślać – dzień ten był bardzo pochmurny, zabrakło w nim zbierających się cumulonimbusów, ciemniejącego nieba i rosnącego napięcia na niebie. Po prostu ni stąd ni zowąd zaczęło grzmieć i zauważyłem błyskawice. W nietypowym miejscu, na północy. Wyładowania na ogół były błyskawicami międzychmurowymi, co dobrze przysłużyło się moim obserwacjom, ponieważ w miejscu gdzie niebo iskrzyło, rosła wtedy wysoka topola, która przesłaniałaby mi pioruny doziemne. Kiedy spadł deszcz, nic nie było jednak już widać i burza się rozmyła. W kolejnych tygodniach zapamiętałem jedno zjawisko – 11 maja, podczas jedynego słonecznego dnia pierwszych dwóch dekad tego miesiąca, po południu nadeszły ciemne burzowe chmury. Tym razem tam gdzie zwykle – na zachodzie. Burza na szczęście przeszła bokiem i nic więcej z niej nie pamiętam. Całe szczęście, że tak się stało, bowiem już wtedy sytuacja hydrologiczna stawała się bardzo nieciekawa. Nadchodziła straszna powódź, wiosenna wersja kataklizmu z 1997 roku. Pamiętam, że przy tych ulewach czasami zagrzmiało, ale mało kto interesował się wtedy burzami, kiedy brakowało centymetrów do tego, aby Kamienica rozlała się na potężnym obszarze w mojej najbliższej okolicy zalewając dziesiątki domów przy mojej ulicy. Mój dom stoi na niewielkim wzniesieniu, więc osobiście nie poniósłbym szkody, jednak szalona woda, która szumiała tak głośno, że słychać ją było przez zamknięte okna, mogła zniszczyć bardzo wiele. Zagrożeniem było także przypominające o sobie osuwisko nieczynne od 2001 roku. Inne wytworzyło się kilka kilometrów dalej. Nigdy nie zapomnę swojej euforii, kiedy 21 maja 2010 około południa zza złych chmur wyjrzało Słońce, a także jedynego pięknego dnia tego miesiąca – niedzieli 23 maja, kiedy przy 22 stopniach i lampie można było prawie zapomnieć o koszmarze. Prawie, bo wystarczyło wejść na trawnik, aby poczuć jak jest grząsko. Woda praktycznie bulgotała z gleby. Do rzeki nawet się nie zbliżałem, tam była jedna wielka kałuża. O tragediach przypominały migawki z telewizji – tego dnia mimo lepszej pogody nadal przerywane były wały. TVN24 pokazywał na żywo z helikoptera zalewanie wsi Świniary. Widać było, jak woda najpierw podchodzi pod fundamenty, a później zakrywa kolejne okna, najpierw na parterze, później na piętrze. Ciężkie to były czasy, a sama powódź niewiele ustąpiła tej najsłynniejszej. Chociaż nie wiem jak to możliwe, nie pamiętam długiej, trwającej rzekomo prawie pięć godzin burzy z 27 maja. Niestety kiedy całą otaczającą rzeczywistość tworzą chmury i deszcz, zjawiska powiązane z chmurami i deszczem zacierają się w pamięci. Nie zapomniałem jednak 3 czerwca – jednego z dni, w których pogody najbardziej się bałem. To było Boże Ciało, czwartek. Rano jak zwykle tego dnia pojechaliśmy na procesję na Rynku, przechodząc przy okazji mostem prowadzącym do ścisłego centrum. Woda nadal była bardzo wzburzona i ledwie zdążyła odkryć zalane bulwary, jednak bardziej pozytywnej oprawy tym chwilom dodało świecące Słońce. Niebo było jednak lekko zamglone, a około 12-tej, kiedy wróciłem do domu, wszystko już się kotłowało. Słońce najpierw przeszło do fazy świecenia jakby przez stratusa, a następnie znikło. Kiedy zrobiło się pochmurno, w powietrzu zawisła taka dziwnie złowroga atmosfera. W telewizji powtarzali ostrzeżenia przed gwałtownymi burzami na południu Polski, burzami które – jak mówiono – miały stanowić poważne zagrożenie dla zdrowia i życia z powodu silnych ulew. W wielu miejscach w regionie trwało nerwowe oczekiwanie na to, co miało nastąpić, bowiem stany wód dopiero zaczynały się normować, mając przed sobą jeszcze długą drogę, by wrócił zwykły, przyjęty porządek. Zrobiło się zimno i ciemno, a godziny mijały. Zacząłem żywić nadzieję, że w takich warunkach burza może się zdezorganizować i nie będzie tak źle. Kiedy około godziny 19:00, akurat w porze nadawania materiału o zapowiadanych niebezpiecznych burzach, po raz pierwszy zagrzmiało, wszystko stało się już jednak jasne. Nietypowo, bo na wschodzie i południowym-wschodzie, niebo pociemniało. Bardzo charakterystycznie chmury zaczęły się strzępić i zabarwiać na taki złowrogi, błotnisto-zielony kolor. Błyskawice na początku wydawały się odległe, jakby ukryły się gdzieś z tyłu chmury. Strefa była jednak bardzo obszerna i nim pioruny zaczęły uderzać i mijać chmury w pobliżu, już padało intensywnie. Ta burza była dosyć wyjątkowa, podczas niej poczułem wyjątkową bliskość z naturą. Cicho, wyłączony prąd, ciemność rozjaśniana tylko przez błyskawice kryjące się za chmurami, szum ulewy i myśli o tym, jak wielu ludzi w regionie małopolskim tej nocy będzie naprawdę zdanych na łaskę natury i tej wielkiej burzy, która przyniosła 65 mm opadu, ósmą sumę w historii... Niestety doprowadziła ona do intensyfikacji osuwiska w Kłodnem (swoją drogą trzy tygodnie temu byłem tam na rowerze) i zerwania kilku mostów, to był drugi szczyt powodzi. Sama burza nie była zbytnio widowiskowa, ponieważ z powodu silnego opadu błyskawice skryły przede mną swoje kształty. Błyskało się często, co około 5-10 sekund, jednak po jakimś czasie ta burza i jej kontemplowanie znudziło mi się. Włączyliśmy z powrotem prąd i najpierw coś sobie poczytałem, a następnie położyłem się spać. Była może 22:30 i chyba wtedy znalazło się nade mną serce burzy. Wyczuwalne było, że wyładowania tną niebo dokładnie nade mną. Burza trwała bardzo długo, podobno do brzasku, ale na szczęście zawczasu znalazłem się już w objęciach Morfeusza. Prawdziwą radością była jednak zmiana pogody. Piękne, pełne Słońce które pokazało się przy miłej temperaturze, nie cofnęło szkód minionych dni, ale dało nadzieję na lepszą przyszłość. To był czas koniunkcji gwiazdy Regulus z Marsem. Na niebie te dwa obiekty tworzyły piękną, czerwoną parkę i przy pogodnych wieczorach wspaniale się je obserwowało. Moja astronomiczna pasja miała wówczas pół roku, ale - póki co - opierała się na lekturze przewodników po astronomii i nocnym niebie oraz obserwacji gołym okiem. W chwilach wolnych od astronomii czytałem forum Łowców Burz i wzmianki o zalążku trąby powietrznej nad Warszawą. U mnie kolejna, ale już słaba burza przeszła 8 czerwca. I w tym miejscu muszę wyznać Wam pewien grzech. Często przeciwstawiam się różnym postom i opiniom wyrażającym - moim zdaniem - jakiś pogodowy ekstremizm. U mnie może ma to jakąś inną postać, ale w czerwcu 2010 sam byłem ekstremistą. Fala upałów, która wtedy nadeszła, była dla mnie czasem euforii. Po praktycznie 1,5 miesiąca lochu i deszczy, powodzi i osuwisk, to krystalicznie czyste niebo i upał były dla mnie jak nagroda za wytrwałość. Szczególnie yyy... ciepło zapamiętałem sobotę 12 czerwca 2010. Przy tych 33 stopniach czułem się jak w raju. Cały dzień goniłem po polu, odbijałem sobie piłkę do siatki o ścianę, bawiłem się z Sabą, w każdym wymiarze spędzałem miło czas :) Wieczorem siedziałem sobie na balkonie i pisałem małe wypracowanie na polski - gdzie chcemy pojechać na wakacje (ja pisałem o Warszawie :D ), zaś na północy i zachodzie rozciągać się zaczął coraz piękniejszy cumulonimbus. Trochę się go obawiałem, bo tego dnia na TVN-ie znowu straszono, tym razem trąbami powietrznymi. Ciepły wieczór i aromat piwonii zmieszanych z grillem po polsku, dodawały mi jednak kurażu i spektakl na niebie mnie zauroczył :) Nawet komary nie latały, co jest dla mnie czymś niewytłumaczalnym. Może było im za gorąco. Albo się utopiły. Względnie - utopiły się w za gorącej wodzie.
http://www.lukedirt.com.pl/viewtopic.php?t=1642
Około północy zerwał się silny wiatr, usłyszałem jeden grzmot - i tyle po burzy. A obudziłem się w innej rzeczywistości, zupełnie jakbym wrócił z dalekiej podróży. Po upale pozostał chłód, temperatury o połowę niższe, a do tego pochmurna aura. Pamiętam jak było mi przykro, kiedy w prognozach znowu widziałem tylko nieprzebrane chmury... Te chmury aż do końca miesiąca uroniły już tylko jedną burzę, 14 czerwca. Przeszła bokiem, wszystko skończyło się na pomrukach, które towarzyszyły mi przez całe popołudnie. Wieczorem, kiedy byłaby szansa na zauważenie jakichś wyładowań, burza już zgasła. I tak upłynęła już reszta czerwca - chłodno, pochmurno i nieciekawie. Ale nie nudno. Wtedy znalazłem sobie inną rozrywkę. Trwał remont ulicy i robotnicy zwozili żwir, kamienie i różne surowce tego typu na mały plac przed pobliskim sklepem. Usypali z tego ładne pagórki, niektóre wysokie na jakieś 10 metrów. Najwyższy szczyt nazwałem Rysami. Deszcz ładnie ubił tę podstawę "gór", kilka razy się tamtędy przeszedłem, udeptałem "szlak" i wraz z kolegą i koleżanką z sąsiedztwa zdobywaliśmy kolejne szczyty, wchodziliśmy na nie i jedliśmy tam lody Śnieżne :D Kiedy przyszedł lipiec, pogoda zmieniła się od razu. Pierwsza dekada była bardzo przyjemna, słoneczna i ciepła, lecz jeszcze nie taka gorąca. Odzwyczajony od upału po trzech chłodnych tygodniach czerwca, 2 lipca czułem się jakby było strasznie gorąco. Pojechaliśmy wtedy rowerami na skatepark (miałem taki epizod) i gdyby nie sok z lodówki popularnego małopolskiego producenta o smaku wiśnia-jabłko, chyba bym tam nie wytrzymał xD Wróciłem nawet trochę wcześniej i chyba był to mój pierwszy w życiu dłuższy samodzielny powrót, taki dłuższy niż przejście po okolicy. Sielanka pogodowa chwilowo została przerwana 6 lipca słabą burzą wczesnym popołudniem. Można było odczytać to jako zły znak, bowiem właśnie tego dnia, na wieczór zaplanowaliśmy wyjazd nad morze, do naszego ówcześnie ulubionego Jarosławca. Podróż trwała długo, bo Tata pokłócił się z nawigacją i pojechał po swojemu czyli źle xD Co ciekawe, przez pomylenie zjazdów z autostrady, znalazłem się na chwilę w Sieroniowicach, wiosce mocno zniszczonej przez tornado w 2008 roku. Choć była noc, widziałem jeden dom w trakcie robienia nadbudowy, prawdopodobnie był to taki remont "pourazowy". Rankiem byłem bardzo blisko Jacoba, bowiem pojechaliśmy przez Włocławek.
Pobyt nad morzem był błogi - słoneczny, gorący i relaksujący. Codziennie był upał, a morze miało temperaturę taką, jak niekiedy Morze Śródziemne. Nie chciało nam się wierzyć w to, że pół roku wcześniej to samo morze skuwał lód, a nadmorska miejscowość pokryta była śniegiem (kiedyś były takie dziwne czasy, że nad morzem leżał śnieg :lol: ). O burzach zapomnieliśmy i przez pierwszy tydzień pobytu, jedynymi słyszanymi grzmotami były fajerwerki, jakie 11 lipca ktoś odpalił po finale Mundialu Hiszpania-Holandia. W sobotę 17 lipca to zjawisko przypomniało jednak o sobie. Byliśmy na plaży, kiedy około 12-tej nagle się zachmurzyło i pojawiły się bardzo ciemne, postrzępione chmury, charakterystyczne dla nadmorskich burz. Wydawało mi się, że widziałem tam mały lejek, ale wolałem o nim nie mówić, by nikogo nie przestraszyć ;) Uciekaliśmy czym prędzej. Było przed czym, bo burza okazała się dość sroga. Zerwał się silny wiatr, który połamał trochę gałęzi i pozrywał pranie, które na balkonach porozwieszali goście pobliskiego hotelu. W telewizji mówili, że burza wywołała niemałe spustoszenie w niedalekim Białogardzie. Choć pozornie przeszła szybko i sprawnie, to jeszcze około dwóch godzin później nagle, ni stąd ni zowąd, zaczął padać drobny grad. Włączył się tryb "panika" i polecieliśmy na parking przykryć samochód czym się da, nieźle się zlękliśmy xD Na szczęście tylko postraszyło, gradziny nie były duże i w końcu znowu się rozpogodziło. Niestety, bo korzystając z tej zmiany pogody, zdecydowaliśmy się pójść na pizzę. No i przez nią się pochorowałem, a moja niedyspozycja wydłużyła nam pobyt o dwa dni ;) Dopiero 21 lipca zdecydowaliśmy się powrócić do domu, kiedy poczułem się lepiej. W domu czekał na nas inny rodzaj pogody - upalny, ale przy tym burzowy. 22 lipca chciałem pójść na dwór, bo czułem się już zdrowy, a wtedy nagle zachmurzyło się od północnej strony i zaczął padać deszcz. 23 lipca scenariusz był widocznie podobny, ale osobiście go nie zapamiętałem. Nie zapomnę za to soboty 24 lipca, dnia przełomu. Dnia, który pozbawił lipiec 2010 szans na rekord. Burza trwała wtedy już w nocy i dwa razy mnie obudziła, choć nie miałem zbytnio ochoty na jej obserwowanie. Rano była chwila przerwy, tak że wybrałem się nawet na rower przejechać po pustym z racji soboty placu budowy drogi. Ubłociłem się, bo po opadach sprzed kilku dni, zrobiło się tam mało komfortowo. Po chwili burza wróciła. Skryła się za chmurą dosyć jasną. Ale to nie burza sama w sobie była w niej najważniejsza i najbardziej istotna. 24 i 25 lipca, to dni wielkiego ochłodzenia, które w przeciągu dwóch dni zredukowało temperaturę z 30 do 16 stopni. Znowu mocno padało, ale miarka przebrała się 27 lipca, we wtorek. Tego dnia mój wujek obchodził 50 urodziny i z tej okazji w jednym z zajazdów odbyło się małe przyjęcie. Przez cały dzień lało jak z cebra przy 14-15 stopniach, jednak wieczorem opad przybrał wręcz patologiczną formę. Wszystkim zrzedły miny, kiedy usłyszeliśmy jadące straże; byliśmy w pobliżu rzeki, która tej nocy bardzo mocno przybierała. Całkowita suma opadów równa 51,6 mm była jedną z najwyższych w historii sum opadowych bez burzy. Myśli i złe wspomnienia wróciły, maj 2010 jakby znowu się przybliżył... Ogłoszono alarm i akurat tego wieczora, przy takiej pogodzie, miejscowy bogacz obchodzący jakąś rocznicę, postanowił walnąć sobie pokaz fajerwerków :lol: Kiedy usłyszałem je w pobliżu, migiem wybiegłem zza biesiadnego stołu i wyszedłem pod altankę przy karczmie. Po chwili dołączyli do mnie pozostali i wspólnie podziwialiśmy, jak przy ulewnym deszczu sztuczne ognie toną we mgle do tego etapu, kiedy miały już tylko postać ledwo zauważalnych pojaśnień w chmurze deszczu. W kolejnych dniach deszczowe chmury zdawały się bowiem krążyć tuż nad głowami. Dwie burze, które pamiętam z 31 lipca (była jeszcze 30-go, ale jej nie pamiętam) utonęły w tych chmurach, tak że niewidoczna byłaby choćby jedna błyskawica.
Tak kończył się lipiec. Na finiszu (ale nie jestem pewien konkretnej daty, chyba właśnie 30 lipca) dodatkowo umiliłem go sobie w ten sposób, że do domu wróciłem wyglądając jak siedem nieszczęść. Otóż, po tych ostrych opadach, kiedy na budowie drogi wszystko pokryło się grubą warstwą błota, razem z kolegą postanowiłem urządzić sobie tam off-road na rowerach ;) Nie skończyło się to najlepiej, to tak jakbym utknął w ruchomych piaskach, które, gdy puściły, pozostawiły na mnie mnóstwo pochodnych ziemi i wody, tych dwóch żywiołów. Wesoły to był lipiec, nie powiem. Nowy miesiąc postanowił kontynuować trend bardzo ciepłych dni, ale nie pozwolił rozstać się z burzami i opadami. 3 sierpnia konwekcja ruszyła w porę i pod wieczór kowadełko znalazło się idealnie nade mną. Jeden raz walnęło tak blisko mnie, że wrócił do mnie dziecięcy lęk i uciekłem sprzed okna, racjonalnie lub nie wlazłem do łóżka ;) Bardziej dojrzałą postawę przyjąłem 6 sierpnia. Tego dnia, kiedy Bronisław Komorowski został zaprzysiężony na prezydenta, przeglądałem podręczniki na nowy rok szkolny i śledziłem stronę Łowców, którzy po południu zadysponowali do mojego regionu ciemnoróżowy kolor ostrzeżenia drugiego stopnia. Z jego treści wynikało, że największym zagrożeniem może być grad. Mój wujek, który był wtedy w trakcie przeprowadzki, trzymał w naszym ogrodzie swój motocykl, i kiedy zaczęło grzmieć, korzystając z okazji że do nas wpadł, uprzedziłem żeby lepiej wjechał nim w jakieś bezpieczne miejsce, na co z typową sobie przekorą odpowiedział mi, że w gradzie to on jeździł i stanie w taką pogodę motorowi nie zaszkodzi ;) Burza trwała długo, ale nie była szczególnie widowiskowa. Pociemnienie chmury zostało w dużej mierze skryte za ścianami deszczu, nie było Słońca i najwięcej grozy sytuacji przyniósł dopiero zapadający wieczór, kiedy zrobiło się ciemniej i można było zobaczyć kilka rozbłysków. Niestety, ale burze 2010 roku nie były tak widowiskowe, co burze roku poprzedniego - właśnie z powodu ich mocnego uwodnienia, przez które pioruny bijące za ścianą deszczu skrywały przede mną swoje walory. Dopiero 9 sierpnia po południu miałem ku temu trochę więcej okazji, jako że chmura była podzielona jakby na trzy części - deszcz po lewej stronie, deszcz po prawej stronie i błyskawice pośrodku. Zabrakło mi przy niej tylko Słońca, które przez rzucenie światła na chmurę, trochę by ją pokolorowało. Kolejne dni upłynęły już bardziej spokojnie, bez burz, a za to z większymi dawkami Słońca. Wieczorami wysiadywałem z lornetką na balkonie i szukałem Perseidów. Około 22:00 na wschodzie pokazywał się Jowisz, o którym wówczas jeszcze nie wiedziałem, że jest Jowiszem. Za dzieciaka zdarzało mi się z wypiekami na twarzy oglądać programy o zjawiskach paranormalnych i aż zastanawiałem się, czy to aby nie UFO :) Dopiero po paru dniach dowiedziałem się, czym jest ów tajemniczy obiekt, a we wrześniu po raz pierwszy wypatrzyłem jego księżyce podczas Wielkiej Opozycji. Grało się też w piłkę i skakało na rowerze, jak na codzień w te wakacje. Burze wróciły po kilku dniach w niezłym stylu. Ostatnim akcentem tego sezonu burzowego stał się gwałtowny duet 15-16 sierpnia. 15 sierpnia 2010 roku, wyjątkowo długa i gwałtowna burza przetoczyła się nad moim Nowym Sączem. Dane sugerujące ponad 7 godzin zjawiska potwierdzam, są zgodne z prawdą. Mniej więcej do 12:00 tego dnia było upalnie i bardzo podobno, tak jak dzień wcześniej. Pamiętam jak lało się ze mnie ;) Wczesnym popołudniem zaczęło się ściemniać i grzmieć. Burza tak straszyła przez około dwie godziny i na zachodzie w pewnym momencie zrobiło się bardzo ciemno, zwłaszcza wtedy, gdy na chwilę przebiło się Słońce. Niestety domy zasłaniały mi błyskawice, toteż kiedy chmury się nieco oddaliły, pomyśleliśmy że już przeszło. Jednak to przed 17:00 burza naprawdę uderzyła. Przyszła bardziej z SW i towarzyszyła jej bardzo ciemna chmura. Biły mocne błyskawice, tak że trzeba było wszystko wyłączyć w domu. Niestety, kilka razy wyładowania były naprawdę bliskie, z czego raz piorun uderzył 200 m od nas, w transformator koło sklepu. Akurat stałem przy tym oknie i wszystko widziałem, jednak nie usłyszałem dziwnego syknięcia w salonie. Obok, w kuchni siedzieli rodzice i od razu zapytali mnie, co się stało i gdzie uderzył piorun. Wszystko ułożyło się w całość, ofiarą pioruna padł nowy telewizor, który mieliśmy od niespełna roku. Kiepskie to było popołudnie, choć ostatecznie okazało się, że spalił się tylko jakiś kabelek i urządzenie dało się naprawić :) W kolejnych godzinach aż rodzice zaczęli się bać, bo burza ani myślała odejść, mocno padało i ciągle strzelały doziemne pioruny. Byli zaskoczeni tym, że w ogóle się nie boję i stoję przy oknie podziwiając wyładowania, choć jeszcze dwa lata wcześniej leżałbym chyba przykryty kołdrą xD Mówili mi nawet, żebym odszedł od okna, bo to niebezpieczne ;) w odpowiedzi na co zacząłem szpanować wiedzą nabytą z forum PŁB i przekonywać, że nie ma się czego bać. Porozmawialiśmy trochę o bezpieczeństwie podczas burzy i trochę zaskoczyłem swoim obyciem. Nie mówiłem jednak o tym, że marzę o zostaniu łowcą burz jak będę duży - w tych czasach łowcy nie mieli jeszcze specjalnej renomy, kojarzyli się raczej z outsiderami bez instynktu samozachowawczego, co nawet pisano swego czasu w internetach. Czas 15 sierpnia upływał jakby wolniej, burza go sobie podporządkowała. W pamięci utkwił mi piorun jakby narysowany od linijki, idealnie prosty. Już nigdy później takiego nie widziałem, ale może jeszcze trafi się okazja, a najlepiej gdyby trafiła się okazja, by taki sfotografować.
Przerwa trwała kilka godzin i druga część duetu postanowiła pójść inną drogą. 16 sierpnia 2010 zaczął się bardzo skwarnie i parno, podobnie jak dwa poprzedzające go dni. Rano pojechałem z Mamą na zakupy, a później pograłem sobie w piłkę bez koszulki, bo inaczej ciężko było wytrzymać. Niebo było strasznie mętne i tworzyły się cumulusy, stopniowo rozbudowujące swoje struktury. Panował przy tym 29-stopniowy subupał, który nie przerodził się w pełnowymiarowy upał, gdyż tworzące się chmury hamowały wzrost temperatury. Krótko po 16:00, kiedy Tata wrócił z pracy i byliśmy już po obiedzie, pojechaliśmy do serwisu z telewizorem, który poprzedniego dnia ucierpiał podczas burzy (jeszcze nie wiedzieliśmy, że nic poważnego się nie stało). Zachmurzyło się i na zachodzie widać było trochę ciemniejszych chmur. Jakieś pół godziny później usłyszałem pierwszy grzmot i dałem znać, żebyśmy już wracali. Niezwłocznie po powrocie sprawdziłem ostrzeżenia na stronie PŁB, z których wynikał jednak tylko I stopień zagrożenia (kolor jasnoróżowy na starej mapie ostrzeżeń, która 5 lat temu została zastąpiona nową, moim zdaniem gorszą). I wtedy akcja nabrała tempa niczym u Hitchcock'a. Dosłownie z sekundy na sekundę chmury pociemniały i zobaczyłem potężny, oślepiający piorun kilka kilometrów dalej, po czym rozległ się taki dziwny, trzaskający grzmot (kiedy byłem mały, myślałem że takie trzaski czy pogłosy powstają, kiedy piorun w coś uderzy). Niebo zaczęło szybko zakrywać się coraz ciemniejszymi chmurami w kolorze mocnego fioletu. Nie były to jednak chmury jednorodne widać w nich było sporo zróżnicowanej faktury i wybrzuszeń. Błyskawice upodobały sobie głównie południową część chmury, toteż w odróżnieniu od burzy 15 sierpnia nie biły aż tak blisko. Jednak chwila strachu była. Dzień wcześniej rozmawialiśmy w domu o trąbach powietrznych z racji drugiej rocznicy tego zjawiska na Śląsku i Opolszczyźnie i w którymś momencie, kiedy ja chwilowo odszedłem od okna (chmura wzbudzała we mnie jakiś niepokój i chciałem, żeby już sobie przeszła :roll: ), Mama zawołała mnie do okna, czy przypadkiem nie ma tu czegoś podejrzanego. I rzeczywiście, na minutę-dwie przed uderzeniem deszczu, w tej czerni chmur i ich postrzępieniach dostrzegłem wyróżniający się, jaśniejszy od podstawy, trochę nieregularny stożek zwisający z chmury. Przyjrzałem się, czy aby nie rotuje, co na szczęście się nie działo, ale przez kilka minut niepokoiłem się co to będzie i czekałem, aż ta część chmury, gdzie pokazał się funnel cloud, przesunie się trochę dalej. Ten bowiem prędko schował się ponad dachem i straciłem go z pola widzenia. Chwilę później zaczął lać mocny deszcz (choć 15 mm to nie to samo co 45 mm dzień wcześniej) i pioruny przesunęły się na wschód. Burza przeszła jednak dość sprawnie i wkrótce mogłem włączyć komputer, by sprawdzić jakie ostrzeżenia przyznali mi Łowcy (jeszcze Wam o tym opowiem, ale ostrzeżenia mnie fascynowały i czułem lekki niedosyt, że nigdy nie wydano mi "trójki" przed burzami). Swoją drogą pamiętam chyba wszystkie dni w latach 2009-2013, kiedy te ostrzeżenia wydawano, może prawie wszystkie. To był ciemnobiskupi/ciemnowinny, dość groźny w odbiorze kolor, zaś do treści ostrzeżenia Łowcy dołączali adnotację "to jest szczególnie groźna sytuacja". W każdym razie, tego dnia byłem rozczarowany, bo po wejściu w archiwum, okazało się, że nie nadano mi w ogóle nawet drugiego stopnia, choć sytuacja była w moim odczuciu w pełni adekwatna, by takowy stopień mi przyznać.
Burza przeszła jednak pomyślnie i nadeszło kilka dni ochłodzenia.

To był już koniec. Gwałtowne ochłodzenie z końcówki sierpnia nie dało już żadnej burzy. Od nich ważniejsze stały się ulewy, z których ten rekordowo mokry rok słynie. Pomimo dużej częstotliwości burz i tylko jednej dłuższej przerwy od zjawisk (w drugiej połowie czerwca), oceniam go jako gorszy od poprzednika, mniej widowiskowy. Rok 2010, kiedy już na dobre przestawałem się bać, okazał się jednak ważnym kolejnym etapem rozwoju mojej pasji, która coraz śmielej wprowadzała mnie w świat meteorologii :)
_________________
Użytkownicy forum LukeDiRT są jak rodzina :jupi:

Wiem że to widzisz Jacob :mrgreen: Zaloguj się :oops: ;) :(
 
     
FKP 
Poziom najwyższy
Fan wiosny i lata



Hobby: Większość z wymienionych
Pomógł: 313 razy
Dołączył: 21 Maj 2019
Posty: 27310
Miejsce zamieszkania: Okolice Płocka
Wysłany: 15 Październik 2020, 22:03   

PiotrNS, Ale się rozpisałeś, lektura na całą noc dla mnie xd
_________________
Aktualna pora roku: Pełnia wiosny 🌷

Kwiecień-plecień, bo przeplata, miesiąc zimy, dwa dni lata.
 
     
PiotrNS 
Poziom najwyższy
Miłośnik bałwanków



Hobby: Większość z wymienionych
Pomógł: 161 razy
Wiek: 26
Dołączył: 01 Maj 2019
Posty: 13249
Miejsce zamieszkania: Nowy Sącz/Kraków
Wysłany: 15 Październik 2020, 22:16   

Mam nadzieję że Ci się spodoba :) Utworzenie podobnego wątku i wspomnień planowałem już od dawna, ale z powodu mnogości tych wspomnień trudno mi było się zmobilizować - no to zmobilizował mnie Kmroz :D
_________________
Użytkownicy forum LukeDiRT są jak rodzina :jupi:

Wiem że to widzisz Jacob :mrgreen: Zaloguj się :oops: ;) :(
 
     
kmroz 
Junior Admin
skrajny zimnozjeb



Hobby: Wszystko!
Pomógł: 176 razy
Wiek: 28
Dołączył: 02 Sie 2018
Posty: 38257
Miejsce zamieszkania: Michałowice/Wwa-Włochy
Wysłany: 15 Październik 2020, 23:13   

Również przeczytałem i powiem szczerze, że współczuję tego co się działo u was w 2010 roku. Ale nie zamierzam ściemniać, wolałbym powtórkę tego u siebie nawet w swoim regionie, aniżeli to, co mieliśmy zimą i wiosną 2020...
_________________
24.03.2006-24.03.2026. 20 lat pogodowej pasji w jej różnych odmianach. Pora na kolejne :!:
 
     
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
Akagahara style created by Naddar modified v0.8 by warna
Copyright © 2018-2026 Forum LUKEDIRT
Wszelkie prawa zastrzeżone
Strona wygenerowana w 0,1 sekundy. Zapytań do SQL: 8